niedziela, 7 sierpnia 2016

Kolorowo, a głównie biało-czerwono

Najmilszy moment poranka w Ostoi to spacerek z pudełkiem w ręku, czyli pora zbiorów. Dziś jest biało-czerwono, z odrobiną fioletu i zieleni. Kilka minut i kilka pudełek później, rozkoszować się możemy pachnącymi i niezwykle soczystymi, koktajlowymi pomidorkami. Miksujemy miętę z zimną wodą, a bazylię w trzech odmianach dodajemy do oliwy z oliwek (niestety nie własnej), aby odrobinę później cieszyć się złocistymi grzankami w stylu polsko-włoskim.

W zbiorach po raz pierwszy pojawia się "patriotyczna" fasola, zwana "Fasolą z Orzełkiem". Miałem pięć nasion, z których kosy oszczędziły dwa, teraz z dwóch krzaczków pewnie uzbiera się ponad setka nasion. Z każdego nasionka spogląda na nas "orzełek" w stylu wczesnej sanacji, maluczko, a gdzieś w lesie rozlegną się pieśni legionowe... A poważnie, to bardzo dobra, plenna fasola, którą warto mieć w swoim ogrodzie. Rewelacyjnie spisuje się też fasola Goldmarie, tyczna, szparagowa. Co tydzień spora porcja trafia do gara. A fioletowa Blauhilde rozczarowuje nieco w porównaniu z zeszłym rokiem, ale ostatniego słowa jeszcze nie powiedziała, dajmy jej jeszcze nieco czasu.

W pomidorach na kostkach słomy też patriotycznie, koktajlowe towarzystwo dojrzewa nierównomiernie, tu się bieli, tam czerwieni. Jednakże aby zachować obiektywizm, muszę powiedzieć, że pod względem smaku wszystko bije na głowę odmiana pomarańczowa Sungold. Wszystkie koktajlówki są tak nieprzyzwoicie smakowite i soczyste, że praktycznie znikają natychmiast po zbiorze. Duże pomidory ciągle zielone, ale pojedyńcze okazy, które dojrzały są smakowo w pierwszej lidze. Przypadkowo zupełnie po pomidorku z własnej hodowli wziąłem do ust pomidora z marketu i bez najmniejszej przesady powiedzieć mogę, że przeżyłem niemiły szok. Tego nie da się jednak opisać, tego trzeba samemu doświadczyć, aby w pełni zdać sobie sprawę, jak wielka różnica dzieli żywność produkowaną masowo od własnych plonów, uprawianych zgodnie z naturą, i z sercem.

Na koniec drobny zielony akcent - moje ulubione grona koktajlówek, które mnie niezmiennie fascynują. Gałęzisty układ charakterystyczny dla rzek, naczyń krwionośnych i płuc, połączony z najdoskonalszą geometryczną formą - kulą, a wszystko to w szalonym fraktalowym freestyle'u natury. I kolor, który teraz zielony, najpierw przejdzie w biały, a zakończy jako czerwony. I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że uprawa własnej żywności nie jest aktem patriotyzmu!

niedziela, 31 lipca 2016

Kanikuła

 Zanim jeszcze rozwarły się wrota do Ostoi, widzę, że pomidory w workach leżą pokotem. Wiatr burzowy zrobił co swoje, wywrócił coś, co w teorii było niewywracalne. Bramę otwierać, czy pomidory ratować? Najpierw jednak brama... a potem, miła niespodzianka. Rusztowania ze sztywnej siatki po których pną sie rośliny ochroniły pomidory, prawie nie ma złamań i zwichnięć, jedynie kilka zielonych pomidorków straciło kontakt z macierzą. I ledwo (sporym wysiłkiem) kryzys pomidorowy został zażegnany, dolatuje mnie okropny smród z sąsiedniej grządki ... Co tym razem zdechło? Okazuje się, że wręcz przeciwnie - urodziło się, a ściślej mówiąc wyrosło. Mądziaki - paskudne grzyby o kształcie penisowatym, a cuchnące przeokrutnie, po raz pierwszy tu w Ostoi widziane. Pozostaje westchnąć i pokochać, w imię bioróżnorodności.

Wśród ocalonych pomidor - gigant, ale jeszcze bez świadectwa dojrzałości. Oceniam go obecnie na jakieś 3/4 kilo. Gdy dojrzeje, na pewno trafi na wagę. Mniejsze sąsiedztwo też ma się dobrze, koktajlowe czerwone są prześliczne, ale to żółte smakują cudownie. Odmiany o większych owocach ciągle zielone, ale już chyba niedługo zaczną łapać rumieńce. Oj, będzie masa wniosków z tegorocznej uprawy. Widać odmiany, które się udały, widać i takie, które w trudnych warunkach Ostoi nie do końca dają radę. I o to właśnie chodziło, dla tych wniosków warto było się męczyć z 28 odmianami.


Wieczór w Ostoi oszałamia aromatami lasu, ciszą i majestatem przyrody, ale ranek upływa pod znakiem "dzisiejszych zbiorów". Kilka kroków od drzwi domu napełniam pojemnik fasolką, drugi ogórkami, trzeci innymi strączkowymi, czwarty pomidorkami i kolejnymi fasolkami. Po drodze coś tam sobie podjadam - a to "orzeszki" lipowe, a to strączek sałaty chrzanowej - od słodkości do ostrości. Od razu fasolka trafia do gara, od razu łapki gości wyciągają się po małe pomidorki. Jest sielsko- anielsko, podobno widać efekty włożonej w Ostoję pracy. I niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że nie przez żołądek do serca... A tuż "za rogiem" drą buzie żurawie, a tuż nad podwórkiem wydarł się kruk. Narasta duszność, nadciągają chmury, za kwadrans w odwiedziny wpadnie burza, pora uwiązać pomidory....

niedziela, 17 lipca 2016

Trzy Siostry, pomidory i ogór

 W drugiej połowie maja na niemal czystym piachu charakterystycznym dla Ostoi ułożyłem równolegle dwie trzymetrowe stare deski, w metrowym odstępie. Zlałem wszystko solidnie wodą, nasypałem między deski taczkę kompostu, a na wierzch trzy taczki zrębki. Na pograniczu kompostu i zrębki umieściłem nasiona - kukurydzy, dyni i fasoli. Te trzy rośliny to tak zwane Trzy Siostry, czyli polikultura Indian Ameryki Północnej. Sadzili oni razem te rośliny, aby wspomagały się wzajemnie. Fasole wiążą azot z powietrza, i pną się po kukurydzy, a dynia zacienia glebę i hamuje rozwój chwastów. Dziś, pomimo że nie działałem zgodnie z regułami sztuki (kukurydzę należy posadzić wcześniej, a następnie fasole i dynie), spod Trzech Sióstr nie widać gleby - gąszcz niebywały. Jakie plony przyniosą Trzy Siostry to się jeszcze okaże, ale pewnym jest, że kolejne trzy metry kwadratowe piasków Ostoi zamienią się w dobrze przygotowaną grządkę na następne lata. Na plon kukurydzy szczerze mówiąc nie liczę, ale fasoli i dyń powinna być obfitość.

Mam też w Ostoi eksplozję pomidorów, tych sadzonych w kostkach słomy. Burze i wichury usiłowały je sponiewierać, ale jakoś dają radę. Na dzień dzisiejszy  najlepiej dają sobie radę pomidorki koktajlowe, są ich setki, jak nie tysiące. Jeszcze nie dojrzały, ale powoli zmierzają do mety. Ta metoda uprawy jest zasadniczo bezproblemowa, choć uprawa w workach jej nie ustępuje, a nawet przewyższa. Uprawa w słomie jest jednak bardziej "odnawialna". Tak czy inaczej, od czasu przymrozków które nawiedziły Ostoję już po Zimnej Zośce, nie straciłem ani jednego krzaczka. nawet te, które wichura poturbowała udało się uratować, owijając złamane łodygi taśmą malarską. Teraz każdy krzaczek żyje własnym życiem, a to z tego powodu, że odmian jest prawie tyle, co krzaczków ... no, prawie. Czterdzieści i cztery (mistycznie i mesjańsko) krzaczki, dwudziestu czterech odmian.  A o tym, które odmiany się sprawdziły, a które nie, napiszę na koniec sezonu.

 Nie wiem jak Wy, drodzy czytelnicy, ale na grona pomidorków koktajlowych ja mogę się gapić godzinami.
 A tu gąszcz pomidorowy, mały ułamek tego, co w rzeczywistości na kostkach rośnie.


 I kolejne maluchy.
 A tu większe okazy, żeby nie było, że jedynie drobnicę uprawiam ;) Zapewniam, że jest ich więcej, jakoś jednak na razie to te maluchy mają parcie na szkło i pchają się przed obiektyw.
 A propos drobnicy, to właśnie w gąszczu się znalazł pierwszy tegoroczny ogór-gigant. Nie spodziewałem się o tej porze roku takiego ogóra. Wszystkie inne są takie mniej więcej ... korniszonkowe, a ten wystrzelił jak z armaty. Wyrósł w eksperymentalnym worku, a obok niego w sąsiednim z lewej są już małe melony, a w tym z prawej pysznią się pomidory. O krok dalej fasola - metoda workowa działa jak na razie w każdej sytuacji. Szkoda tylko, że wymaga torfu, będę musiał popracować nad zamiennikiem dostępnym lokalnie, którego mógłbym użyć.
Na koniec, jeszcze jedna moja ulubiona gałązka.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Worki i pesto

 Jeśli pamiętacie opisywane w początku czerwca worki, to możecie obok zobaczyć, jak wyglądają teraz. W trudnych warunkach Ostoi sprawdzają się doskonale i jak na razie nic nie jest w stanie ich przebić. Z małej sadzonki pomidorka porosły w nich krzaki wyższe ode mnie, a nie zaliczam się do niziołków. Fasole, dynie, ogórki i melony też worki uwielbiają, a posadzona pod każdym z pomidorów, w ramach dobrego sąsiedztwa, bazylia po prostu eksplodowała. Jeszcze nigdy w swojej krótkiej i skromnej karierze ogrodniczej tak ładnej bazylii nie udało mi się wyhodować.

A skoro bazylia tak pięknie dopisała, to od razu na bieżąco, uszczypując po troszeczku, produkuję z niej pesto. Pierwsze powstało z mieszanki odmian - klasycznej, cytrynowej i purpurowej, z dodatkiem oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia raz soli morskiej. Nie postoi długo, więc nie jest pasteryzowane ani niczym utrwalane. W połączeniu z chlebkiem pita cieszy smakiem, ale to, czym naprawdę zachwyca, to zapach. Bazylia ta rośnie oczywiście w worku, ale worek ten stoi na "patelni", w miejscu tak spalanym przez słońce, że nie rosło w nim nic. Pewnie stąd ta siła aromatu, południowo-śródziemnomorskiego.

Tu worki w innym ujęciu, aby pokazać, jak mało miejsca zajmują. Dzięki umieszczonemu w każdym z worków rusztowaniu z siatki wszystkie rośliny prowadzone są pionowo, jedynie dynia wymknęła się temu schematowi bo puściła pędy poziomo podczas mojej nieobecności i grzechem by było teraz w jej wzrost brutalnie ingerować. Niech sobie rośnie jak chce, pozostałe jednak rośliny są raz w tygodniu skłaniane delikatną perswazją do pięcia się w górę. Cała ta dziwna parada worków przetrwała bez uszczerbku dość pokaźną burzę, a to dzięki temu, że cały ciężar worka skupia się u jego podstawy, tam on nasiąka wodą i to go trzyma jak kotwica.

No ale nie tylko worki dają radę - szukając jak najprostszych metod zagospodarowania ugoru, wykonałem grządeczkę o długich bokach z dwóch starych desek, bez boków krótkich. Między deski trafiły kolejno: odrobina obornika, gazety mocno zmoczone, kilka taczek zrębki. Dziś na grządeczce pyszni się fasola, jest też kabaczek i kilka egzemplarzy kukurydzy, która jednak chyba nie da razy dorosnąć. Celem tej grządeczki jest jednak nie tyle plot tegoroczny, co przyszły - to, o co tu chodzi, to produkcja gleby na piachu. Na jesieni dwie deski można przenieść gdzie indziej i cały proces powtórzyć, a na przyszłą wiosnę w tym miejscu posadzić już coś bardziej wymagającego.

Wiosną bardzo zachwalałem moje donice,  pisząc jak to obdarzyły nas rzodkiewkami. Teraz tych samych donic nie widać niemal spod fasoli. Obecne fale upałów nie były w stanie osuszyć donicy przez dwa tygodnie, uzupełnianie wody co drugi tydzień okazało się jak na razie w zupełności wystarczające. To jest istotna przewaga donic nad workami, bo wodę w kuwetach w których worki stoją uzupełniać trzeba było dwa razy w tygodniu. Nie miałem czasu na dobre zająć się donicami, powinienem pewnie dodać kompostu, może i poprawić ściółkę ze zrębki, ale wszystko na co znalazłem czas, to chwila aby wetknąć nasiona fasol do ziemi. I okazało się, że nic więcej nie trzeba, aby zaczęły rosnąć. Niedawno dodałem do donic paliki, aby fasole miały po czym piąć się do słońca, a poza tym donice są całkowicie bezobsługowe, jeżeli nie liczyć dolania wody co 14 dni.

Na koniec dwa słowa o dalszych losach glediczji i robinii wcześniej opisywanych. Przyszedł czas, że trafiły w miejsce docelowe, czyli na lotnisko. Ten pas wzdłuż płotu będzie już na jesieni obsadzony roślinami typowymi dla leśnego ogrodu. Wczesną wiosną w zrębkę wysiałem rośliny motylkowe, a obecnie między rosnące łubiny i peluszki trafiły robinie i glediczje. Są to gatunki wspierające dla przyszłych roślin użytkowych - będą wiązać azot z powietrza i dostarczać bardzo dobrej ściółki. Jest spora nadzieja, że tam, gdzie do tej pory porastały rzadkie kępki trawy, za 3-4 lata rozrastać się będzie kameralny leśny ogród.

środa, 8 czerwca 2016

Czerwcowe migawki


Gdy wieczór otula Ostoję, a aura taka bardziej burzowa, nadchodzi charakterystyczny moment "oka cyklonu", gdy wiatr cichnie, ptaki milkną, znikają komary, chowają się mrówki, ludzie też przerywają rozmowy by wsłuchać się w ciszę. Wtedy niejeden usłyszy bicie swego serca, inny złapie się na tym, że zapomniał odetchnąć, a ktoś inny z kolei zapatrzy się w niebo, po którym bezdusznie przemieszcza się stalowy ptak, lecący "na Kopenhagę". Za sekundę zerwie się wiatr, załomocze w lipie, potrząśnie gałęziami i na ptaki strachem, a z nieba spadną pierwsze krople. Ale to dopiero za chwilę ...

Gdy wstanie nowy dzień, pójdę pozbierać jagody kamczackie, które w tym roku obrodziły wyjątkowo. To pierwsze owoce jakie w tym roku mamy, choć truskawki dzielnie je gonią, ale jeszcze potrzebują tygodnia lub dwóch. Dzięki posadzeniu wielu różnych odmian dłużej można się cieszyć niebieskimi jagódkami. Podobnie w przypadku niemal wszystkich innych roślin, im więcej odmian, tym większa bioróżnorodność i szanse na dobry plon.

Po zbiorach jagódek kieruję swoje kroki do pomidorów na kostkach słomy, to moje oczko w głowie w tym roku. Właśnie zaczynają kwitnąć, ale znowu, przy wielu odmianach nie jest to jednoczesne i podobnie niejednocześnie zaleją nas owocami. Dzięki temu i dłużej będziemy się nimi cieszyć, i mniej się zmarnuje. A mamy i koktajlowe, i giganty, i do pasty, i do suszenia, i czarne, i żółte, i wiele, wiele innych. Zamierzam robić szczegółowe notaki aby na koniec sezonu wiedzieć, które odmiany najlepiej się sprawdzają w Ostoi.

Ziemniaków też jest kilka odmian, ale również kilka metod ich uprawy. Rosną w zrębce, w tradycyjnej grządce wyniesionej, pod słomą i w słomianej kostce, oraz w tak zwanej ziemniaczanej wieży. Mimo iż każda z tych upraw jest niewielka, to pozwoli ocenić, co się tu najlepiej sprawdza. Każda z metod ma swoje zalety i wady - uprawa w zrębce jest całkowicie bezobsługowa, podczas gdy uprawa w wieży wymaga praktycznie cotygodniowego podnoszenia poziomu ściółki. Co ciekawe, ziemniaki zacznają też wyrastać tam, gdzie nie były w tym roku sadzone, widać doskonale przezimowały od zeszłorocznych zbiorów. Daję im rosnąć, czasami przypadkowo tworzą fajne polikultury z roślinami posadzonymi w tym roku. Ziemniaki wyrastają też w sadziku i wśród owocowych krzewów.

W "słynnych donicach" nadchodzi czas fasoli, po rzodkiewkach i sałatach teraz to one zaczynają dominować. Tu rosną tylko odmiany karłowe, podczas gdy w innych rejonach Ostoi odmiany tyczne pną się po siatkach, tyczkach i innych podporach. Po raz kolejny również podejmuję próbę ze słynnymi "Trzema Siostrami", czyli wspólną uprawą kukurydzy, dyni i fasoli, na wzór upraw Indian Ameryki Północnej. Z dotychczasowych doświadczeń wiem, że w Ostoi ta metoda nie jest skuteczna, ale jeszcze próbuję. Poza warunkami glebowymi moim głównym przeciwnikiem są kosy, które bezlitośnie rozgrzebują grządki, a szczególnie te, gdzie zasiano właśnie coś szczególnie ważnego i cennego, oczywiście. Trochę się bronię przykrywając grządki siatką, ale w tej z kolei grzęzną zaskrońce, a noszenie ich nad rzekę jest dosyć nużące.

Jak cierpliwym trzeba być w kontaktach z przyrodą przekonałem się na przykładzie glediczji trójcierniowej i robinii, które wysiałem do małych doniczek na jesieni. Po zimowym przemarznięciu (tak zwanej zimnej stratyfikacji) powinny one wczesną wiosną wykiełkować, ale długo nie działo się nic. Miałem już wyrzucić zawartość z doniczek i wykorzystać je gdzie indziej, gdy siewki zaczęły wystrzeliwać spod zrębki i rosnąć błyskawicznie. Mam nadzieję, że drzewka te przez długie lata będą wiązać azot z powietrza i dostarczać wartościowej ściółki, a kiedyś również doskonałych słupków ogrodzeniowych.

Skoro o ogrodzeniu mowa, udało mi się wreszcie oderwać od prac na podwórku, i wyjść za płot. Łąki nad rzeczką całe w zieloności, czasem po pierś, czasem niższej, bogatej za to w zioła wszelakie. Wróciłem ze spaceru z naręczami a to żywokostu, a to pokrzywy, a to krwawnika, które w części posłużyły do aktywacji kompostu, w części skończyły w słojach w formie leczniczej nalewki i maści, a niedobitki znalazły dom na strychu, gdzie będą sobie schnąć. Bogactwo ziół jest tak wielkie, że nie wiadomo w co ręce włożyć i zasadniczo mogłyby one wypełnić cały mój czas. Jest coś fascynującego w ich właściwościach i mocy, już od samego czytania o nich robi mi się lepiej. Pragmatycznie jednak wybieram kilka z nich i staram się wykorzystać jak najlepiej, co roku powiększając gamę tych, które włączam do swojej prywatnej apteczki.

W natłoku zajęć, oko jak migawka aparatu co chwila rejestruje bogactwo żywych form, które przybyły do Ostoi. Przybyły, bo jeszcze 3-4 lata temu ich tu nie było. Na każdym kroku rzuca się w oczy a to gad, a to płaz, a to owad, a to kwiat wcześniej niewidziany, coś niespodziewanie wyrasta, coś dziwnego się kryje w liściach, coś kwili, coś w nocy pohukuje. To upewnia mnie, że podążamy w dobrym kierunku, że w tym morzu piachu i sosen tworzymy wyspę tętniącą różnorodnym życiem. I choć nie jest to proces ani łatwy, ani bezbolesny, to jego efekty niesłychanie mnie cieszą.

czwartek, 2 czerwca 2016

Amok


Druga połowa maja upłynęła w Ostoi pod hasłem "amok" - tyle pracy nie było tu jeszcze nigdy. Złożyły się na to głównie przygotowania do warsztatów permakultury oraz prace przy nowych grządkach, donicach i uprawie w kostkach słomy. Najmniej pracy pochłonęła eksperymentalna uprawa w workach - pomidorowo-bazyliowe duety w nich rosnące wydają się jak na razie być samowystarczalne. Jedyną czynność obsługową, uzupełnianie wody w wanienkach w których stoją worki, wykonały za mnie burze. I oby tak dalej, do chwili, gdy pomidorki i bazylia trafią na pizzę z własnego pieca. Oczywiście przesadzam, tak dobrze nie będzie, pomidory wymagać będą i podcinania, i podwiązywania, ale i tak podoba mi się ten pomysł i będę go rozwijał.

Tymczasem na grządkach coraz więcej zieleni, choć w porównaniu do Warszawy jesteśmy tu w naszym lesie o dwa-trzy tygodnie wegetacyjnie do tyłu. Pomimo to jednak, nawet w "grządce recyclingowej" zbudowanej wyłącznie z ramy po starym tapczanie i ze zrębki, mamy nad ziemią komplet obsady aktorskiej - topinambury, ziemniaki, bób i fasolę. Obawiałem się bardzo o losy tej grządki, bo miała stanowić warsztatowy przykład na to, że ogród można mieć bez mała wszędzie i z niczego, ale jednak mnie nie zawiodła. Z uwagą śledzić będę jej dalszy rozwój i już teraz ciekaw jestem plonów. Grządka ta stanowi jedynie przygotowanie terenu całkowicie jałowego pod przyszłe uprawy, w przyszłym roku wyglądać będzie zupełnie inaczej, niemniej jednak jeśli i w tym roku może dać jakiś plon, to dlaczego nie?

Pamiętacie donice o których wielokrotnie pisałem? W amoku zapomniałem o nich nieco i nie zebrałem rzodkiewek. Każda mała donica dała ich tyle, ile na zdjęciu, a trzeba pamiętać, że rzodkiewki to tylko jeden z czterech rządków w każdej donicy. Warsztatowi goście byli z lekka zdumieni gąszczem w donicach, a temu, jak takie donice samodzielnie budować poświęciliśmy kilka chwil również, i zbudowaliśmy jedną, w niecałe 10 minut. Kolejny dowód na to, że nawet na małym balkonie można mieć swoje warzywa.

Z opisywanych na tym blogu "atrakcji" największą furorę wzbudził oczywiście kolektor solarny z puszek, bo pogoda dopisała, i mieliśmy darmowe dodatkowe pięćdziesiąt stopni Celsiusza na wylocie kolektora, co chyba zaimponowało młodzieży. Starszych natomiast najbardziej chyba zadziwiły metody permakulturowego nawożenia gleby, od bokashi, przez gnojówkę z pokrzyw, po hodowlę własnych "efektywnych mikroorganizmów" czyli starą, poczciwą herbatkę kompostową. A gdy już osiadł kurz po warsztatach, trzeba było na gwałt wsadzać te rozsady, te wszystkie nieposadzone co to posadzić trzeba, te dostane, te, przysłane, te niechciane nawet, bo wstyd aby cokolwiek, co żywe i rośnie, nie znalazło swego domu w Ostoi. I tak to w amoku dobiegł końca maj. Oby czerwiec przyniósł trochę uspokojenia, bardzo go potrzeba.

czwartek, 12 maja 2016

Po bandzie

 W Ostoi czajki drą buzie na całego, a wtórują im żurawie. Spacerując po wątłych łąkowych murawach trzeba naprawdę mieć oczy otwarte, aby nie wdepnąć w czajcze gniazdka i jajka. W trzcinowiskach coś się tłucze i rozrabia, niemal za każdym razem co innego, jednego spaceru dziki, drugiego sarny, trzeciego łosie, a czasami wszystko naraz. A gdy zapada zmrok, jak w starej piosence, "żaby w sadzawce rozpaliły ogień", i rechoczą na całą okolicę.

Ponieważ do Ostoi zbliżają się wielkimi krokami warsztaty permakultury, to "lecę ostro po bandzie", aby uczestnicy mieli co w Ostoi oglądać. Ignorując nadchodzącą Zimną Zośkę, intensywnie sadzę pomidory na mojej grządce z kostek słomy. Ponad 40 krzaczków znalazło swój dom w słomie i jak na razie mają się dobrze. Z niepokojem obserwować teraz będę prognozy pogody i trzymać kciuki za brak przymrozków i gradobić. Póki co, mamy raczej problem odwrotny - brak opadów. Pomimo zapowiedzi burz, jedne idą na Łowicz, inne na Łódź, omijając nasze lasy niezwykle skutecznie. Po trzech latach obserwacji myślę, że nasze opady są o ponad jedną trzecią mniejsze, niż średnia dla regionu.

Zimnej Zośki boi się również yacon, po polsku zwany też jakonem - roślina wybitnie ciepłolubna, od tysięcy lat uprawiana w peruwiańskich Andach, a u nas mało znana. Podhodowałem bulwę w doniczce i dopiero teraz przewiozłem do Ostoi, trafiła na permakulturową grządkę grubo ściółkowaną słomą, jest nadzieja, że da sobie radę w nadchodzącym, zimnym tygodniu. Zupełnie natomiast nie obawiam się o Apiosa, czyli chobot bulwiasty, roślinę z Ameryki Północnej, całkowicie mrozoodporną. Apios ma wypełnić lukę w pnączach, kategorii roślin której zdecydowanie mi brakuje. Nie dość że jest pnączem, to jeszcze wiąże azot z powietrza, pięknie kwitnie, ma jadalne bulwy i podobno właściwości lecznicze - jednym słowem typowa roślina permakulturowa, która spełnia wiele funkcji. Bardzo chciałbym, aby na stałe zagościła w Ostoi, ale ponieważ lubi ona gleby wilgotne, nie będzie łatwo, bo jak wiadomo Ostoja piachem, i na piachu, stoi.

Nie zawodzą natomiast moje wielokrotnie już opisywane donice, z których dosłownie wylewa się zieloność. Rzodkiewki dochodzą, sałaty wychodzą, a nad wszystkim panuje gwiazdnica, przez wielu uznawana za dokuczliwy chwast, a dla mnie pyszna roślina jadalna, do wszelkich sałatek. Czego nie zjemy, użyźni glebę. Nie martwię się wcale, że gwiazdnica zagłuszy inne rośliny - gdy ją zjemy, odbiją. W niektórych donicach ładnie sobie rosną siewki jabłoni wyhodowane ze sklepowych jabłek, dam im jeszcze porosnąć do jesieni, a potem trafią na miejsca docelowe.

Na koniec jeszcze portrecik kwitnącego czosnku niedźwiedziego, którym się wreszcie nieco możemy podelektować. Pamiętam komentarze w stylu "kaktus mi wyrośnie, jak Ci czosnek niedźwiedzi na tym piachu urośnie"... Moi mili, pokażcie Wasze kaktusy. Jak widać warto czasami "pójść po bandzie", zadziałać niekonwencjonalnie i potestować "niemożliwe". A najlepiej to nie wiedzieć, że jest niemożliwe i próbować, wtedy napewno się uda.