I stało się tak, że na weekend zostałem opiekunem kozy. Koza jak to koza, łatwa w obsłudze jest. Zasadniczo wystarczy wydoić i ewentualnie wyprowadzić na spacer, aby się kozie samej nie nudziło. Wybieg ma duży, leśno-krzaczasty, dach nad głową ma, jeść co ma, pić co ma, ale beczy, bo jej pani wyjechała.
W ramach opieki trzeba było jednak również zagospodarować udój - kózka codziennie 1.2 litra mleka łaskawie dawała, co mogliśmy wypić to się wypiło, z jednej jednak takiej porcji postanowiłem zrobić mój pierwszy w życiu ser. Sposób najprostszy z możliwych - podgrzać mleko, ściąć sokiem z cytryny, odcedzić, wycisnąć, podać. Podobno powinniśmy ten serek odciskać do dnia następnego, ale żeśmy nie zdzierżyli - już po południu trafił na stół. Udało się sporządzić sporą miseczkę, pewnie ponad 20 deko. Bez żadnych dodatków, bez soli, z leciutkim kwaskowym posmakiem od cytrynowego soku, smakował wyśmienicie, a po dodaniu rukoli i mięty po prostu ... zniknął. Zaczarowana Ostoja, zaczarowana koza, zaczarowany ser :-)
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
piątek, 26 września 2014
wtorek, 16 września 2014
Pożegnanie lata




poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Po powrocie
Po dwutygodniowej nieobecności jechałem do Ostoi z duszą na ramieniu. Podobna nieobecność zeszłosierpniowa zakończyła się smutno dla większości wiosennych nasadzeń drzewek, w wyniku ekstremalnej suszy i upałów. W tym roku przed wyjazdem podjąłem działania prewencyjne, instalując automatyczne nawadnianie w kluczowych punktach podwórka. Poza płotem jednak, obowiązywała nadal zasada "kto przeżyje, wolnym będzie".
Raporty z Polski donosiły że nie powinno być tak źle - temperatury
niewygórowane, okresowe opady ... i rzeczywiście, zastałem niemal
wszystko w całkowitym porządku, żeby nie powiedzieć w rozkwicie. Źle
jedynie wyglądała moja workowa uprawa ziemniaków, kierując się więc
impulsem, postanowiłem ją zakończyć. Worki okazały się jednak zbyt
nietrwałe, rozpadały się w dłoniach - być może nadmiar deszczów winę za
to ponosi. Ich zawartość natomiast była pełna życia - kompost z dużą
ilością dżdżownic, oraz tu i tam ... kartofelek. Nie sprawdziły się
niestety marzenia o "całym worku kartofli" - z każdego z worków
uzyskałem niemal dokładnie po jednym kilogramie ziemniaczków. Jako
bardzo fajny bonus dostałem cztery taczki dobrego kompostu. Czy warto
było? No cóż, zależy jak na to patrzeć. Gdyby wziąć pod uwagę "wydajność
z hektara", to jak najbardziej - ustawiając worki na gołym betonie o
powierzchni około pół metra kwadratowego osiągnąłem plon 400 kg z
hektara ;-) co dwukrotnie przewyższa najlepszy polski średni plon z
ostatnich kilku dziesięcioleci. Z drugiej strony jednak, czy warto się
tak bawić, dosypywać do worków co tydzień, dbać aby nie za mokro i nie
za sucho ... W moim przypadku chyba nie, gdyż niedaleko obok, w
zrębkach, ziemniaki dobrze rosną bez tych zabiegów. Jednakże, jeśli ktoś
ma na przykład tylko balkon czy taras w bloku, to taką uprawę
zdecydowanie polecam. Smak moich ziemniaków bowiem jest niezrównany.
Jeśli chodzi o walory smakowe, to wszystkie warzywa z Ostoi generalnie są tak esencjonalnie smakowite, że ciężko się oprzeć ich podjadaniu w trakcie ogrodowych prac. Kilka pomiarów przeprowadzonych przy użyciu refraktometru pokazuje, że mają one 2-3 razy więcej soli mineralnych i składników odżywczych niż "takie same" warzywa z marketu. Największą furorę robi smak rukoli, niespotykany nawet w tej kupowanej w sklepach z żywnością "zdrową" lub "ekologiczną". Nie ustępują jej kabaczki i dynie makaronowe, nie wspominając już o truskawkach, które właśnie zwariowały i zabierają się za ponowne owocowanie. W świecie pięknie i ciekawie, ale fajnie jest wrócić ...

Jeśli chodzi o walory smakowe, to wszystkie warzywa z Ostoi generalnie są tak esencjonalnie smakowite, że ciężko się oprzeć ich podjadaniu w trakcie ogrodowych prac. Kilka pomiarów przeprowadzonych przy użyciu refraktometru pokazuje, że mają one 2-3 razy więcej soli mineralnych i składników odżywczych niż "takie same" warzywa z marketu. Największą furorę robi smak rukoli, niespotykany nawet w tej kupowanej w sklepach z żywnością "zdrową" lub "ekologiczną". Nie ustępują jej kabaczki i dynie makaronowe, nie wspominając już o truskawkach, które właśnie zwariowały i zabierają się za ponowne owocowanie. W świecie pięknie i ciekawie, ale fajnie jest wrócić ...
wtorek, 22 lipca 2014
Spirale życia
W Ostoi życie kwitnie, rośnie, owocuje. Na grządkach ze zrębek obok tradycyjnie dobrze w nich rosnącego bobu i wszelkiego rodzaju fasol, w tym roku także wybijają się dynie i kabaczki, które w zeszłego lata nie raczyły rosnąć. Wybujały również słoneczniki, dobrze radzą sobie pomidory, zakwitły ogórki, a ziemniaki, posadzone eksperymentalnie na jesieni, lada moment będą gotowe do zbiorów. Podobnie jak w zeszłym roku nie radzą sobie brokuły i kapusty, najwyraźniej nie jest to odpowiednie środowisko dla nich. Na obrzeżach ścieżek porosły topinambury i szparagi, te pierwsze można będzie w tym roku zacząć zbierać, tym drugim potrzeba chyba jeszcze roku aby choćby ich skosztować.
Na ziołowej spirali powoli zapełnia się przestrzeń, coraz mniej widać zrębek, a coraz więcej kęp pięknych ziół rozprzestrzenia się i wabi kolorem i zapachem. Na szczycie stoją dumnie rozmaryny, lawendy i szałwie, niżej nieco tymianki, czosnki, ogóreczniki, a na samym dole królują mięty. Nad wszystkim panują wielkie kwiaty rudbekii, ulubione miejsce okolicznych motyli. Nieco niżej kwitną aksamitki, które pierwszomajowy przymrozek niemal życia pozbawił, a jednak, odżyły i mają się dobrze.
W drewutni zdesperowana ptaszyna uwiła gniazdko, ze wszystkich trzech jaj wylęgły się pisklęta. Najsłabszy braciszek czy siostrzyczka został brutalnie z gniazdka wyrzucony i dokonał żywota. Dwa pozostałe na razie radzą sobie dzielnie, choć na ich życie czatuje Ruda Zołza, kocica z sąsiedztwa będąca postrachem kurników, gniazd i jaszczurek. Do Ostoi powrócił wielki bóbr - samiec, intensywnie od wieczora do zmierzchu penetrujący starorzecza. W młodniku rezyduje koziołek sarny, a wielka zajęczyca, no gdzieżby indziej, jak nie na Zajęczej Górce, zajmuje się swoimi sprawami, nie zważając na nas, gości w jej lesie. Tak wygląda Ostoja w szczycie spirali życia. Cieszymy się tym póki czas, bo pierwszy opadły żółty liść z naszej lipy przypomina, że maluczko, a będzie po lecie.
Na ziołowej spirali powoli zapełnia się przestrzeń, coraz mniej widać zrębek, a coraz więcej kęp pięknych ziół rozprzestrzenia się i wabi kolorem i zapachem. Na szczycie stoją dumnie rozmaryny, lawendy i szałwie, niżej nieco tymianki, czosnki, ogóreczniki, a na samym dole królują mięty. Nad wszystkim panują wielkie kwiaty rudbekii, ulubione miejsce okolicznych motyli. Nieco niżej kwitną aksamitki, które pierwszomajowy przymrozek niemal życia pozbawił, a jednak, odżyły i mają się dobrze.
W drewutni zdesperowana ptaszyna uwiła gniazdko, ze wszystkich trzech jaj wylęgły się pisklęta. Najsłabszy braciszek czy siostrzyczka został brutalnie z gniazdka wyrzucony i dokonał żywota. Dwa pozostałe na razie radzą sobie dzielnie, choć na ich życie czatuje Ruda Zołza, kocica z sąsiedztwa będąca postrachem kurników, gniazd i jaszczurek. Do Ostoi powrócił wielki bóbr - samiec, intensywnie od wieczora do zmierzchu penetrujący starorzecza. W młodniku rezyduje koziołek sarny, a wielka zajęczyca, no gdzieżby indziej, jak nie na Zajęczej Górce, zajmuje się swoimi sprawami, nie zważając na nas, gości w jej lesie. Tak wygląda Ostoja w szczycie spirali życia. Cieszymy się tym póki czas, bo pierwszy opadły żółty liść z naszej lipy przypomina, że maluczko, a będzie po lecie.
wtorek, 15 lipca 2014
Na drugą nóżkę
Po tygodniach intensywnej nauki, w porannej poczcie pojawiła się nagroda - informacja o ukończeniu kursu projektowania permakulturowego u Geoff'a Lawtona. Dyplomik przyjdzie z Australii pocztą za jakiś czas, ale wiedza w główce już jest, i oby nie wyparowała :) Teraz trzeba szybko z niej korzystać, utrwalać i rozwijać, ale z drugiej strony wszystko się musi uleżeć, przyjąć i usystematyzować. Festina lente, jak mawiali starożytni, a praktycy permakultury za nimi powtarzają. Materiał kursowy tym razem był oszałamiająco bogaty, daleko wykraczający poza standardy 72 godzinnego curiculum PDC. Jako bonus otrzymaliśmy między innymi kursy permakulturowych prac ziemnych, czytania krajobrazu i ustanawiania leśnych ogrodów. Co jednak najcenniejsze, to odpowiedzi Geoffa na nasze pytania - a były ich tysiące. I podczas gdy wykład omawiał temat ogólnie, szeroko ale jednak teoretycznie, o tyle w odpowiedziach na pytania pojawiały się praktyczne perełki. Do odpowiedzi na pytania zapewne niejednokrotnie jeszcze będę wracał, wiedzy w nich zawartej nie sposób przyswoić jednorazowo. Kurs był również okazją do nawiązania kontaktów ze studentami z całego świata oraz z weteranami (osobami które ukończyły ten kurs w zeszłym roku). Zarówno forum, jak i grupa na FB okazały się bardzo pomocnymi miejscami pasjonujących dyskusji i wymiany pomysłów, porad i doświadczeń, mam nadzieję że sporo z tych znajomości przetrwa zakończenie kursu. Gorąco wszystkim ten kurs polecam, wart jest swej ceny, czasu i pracy, po wielokroć.
niedziela, 6 lipca 2014
Machina piekielna
W Ostoi pojawiła się "Piekielna Machina", ochrzczona tak przez przypadkowych obserwatorów. Rzeczywiście chyba, dziwi i intryguje w środku lasu. Maszyna ta to suszarnia do ziół, grzybów, owoców, nasion i innych dóbr z ogrodu, łąki, lasu, bliższej i dalszej okolicy.
"Piecem" suszarni jest kolektor słoneczny z puszek, którego budowę opisałem tutaj. Został on dodatkowo wyposażony w kółka, aby łatwiej go przemieszczać oraz w stojak, pozwalający mu zarówno stabilnie stać, jak i regulować kąt nachylenia. "Napędem" suszarni jest mały komputerowy wentylatorek, który dołem zasysa powietrze z suszarni i tłoczy je do kolektora. Zasila go mały panel słoneczny.
Sama suszarnia to prosta szafa z listewek, obita tekturą. Tektura do "pleców" szafy jest przyczepiona na rzepy, tak, aby mieć łatwy dostęp do wnętrza. W środku jest miejsce na dziesięć półek, obciągniętych gęstą aluminiową siatką. Łączna powierzchnia półek to cztery metry kwadratowe. Szafę łączą z kolektorem aluminiowe elastyczne rury wentylacyjne.
W sobotni poranek odbył się debiut suszarni. Niewiele jeszcze jest produktów do suszenia, ale wystarczyło surowca do wypełnienia pięciu półek. Słońce to pokazywało się, to znikało za chmurami. Temperatura w suszarni wahała się w związku z tym znacząco w ciągu całego dnia, ale średnio na górnych półkach wynosiła 45 stopni, a im niżej, tym mniej oczywiście.
Nadchodzące chmury burzowe przerwały sobotni eksperyment, być może użycie kartonu nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jest to wszak prototyp, który na pewno jeszcze będę usprawniał. Tak czy inaczej, do suszenia powróciłem w niedzielny poranek. Tu sprawy potoczyły się błyskawicznie, gdyż słońce nie zawiodło. Temperatura w górze suszarni wynosiła średnio 60 stopni, i już w południe można było "zwijać interes" - wszystko wyschło "na pieprz". Wysuszone rośliny trafiły do słoików, a zdemontowana suszarnia do szopy. Zdała egzamin, ale wymaga jeszcze przeróbek - lepszego mocowania rzepów do kartonu oraz usprawnienia metody przekręcania zestawu w trakcie suszenia w kierunku słońca.
W Ostoi przyroda w pełnej krasie. W huglu, o którym pisałem tutaj żyje kilka zaskrońców. Noce spedzają w środku, a za dnia albo penetrują okolicę, albo wygrzewają się na południowym stoku hugla. Sam hugel tonie dosłownie w facelii, pac-choi i fasolach. Zdecydowanie najlepiej wszystko rośnie na wschodnim stoku hugla, a dałbym sobie głowę uciąć, że najlepszy będzie stok zachodni. W ogródkach powoli nadchodzi pora zbioru bobu, który obrodził niezwykle, świetnie radzą sobie ziemniaki, i te w workach i te w zrębkach, a tu i ówdzie ślicznie kwitną nasturcje i ogóreczniki, których kwiaty kończą swój żywot w sałatce. Akompaniuje im dzielnie mięta, obficie rosnąca na ziołowej spirali. Kiwi, mango i melona jeszcze swojego nie mamy, ale będziemy nad tym pracować ;-)
"Piecem" suszarni jest kolektor słoneczny z puszek, którego budowę opisałem tutaj. Został on dodatkowo wyposażony w kółka, aby łatwiej go przemieszczać oraz w stojak, pozwalający mu zarówno stabilnie stać, jak i regulować kąt nachylenia. "Napędem" suszarni jest mały komputerowy wentylatorek, który dołem zasysa powietrze z suszarni i tłoczy je do kolektora. Zasila go mały panel słoneczny.
Sama suszarnia to prosta szafa z listewek, obita tekturą. Tektura do "pleców" szafy jest przyczepiona na rzepy, tak, aby mieć łatwy dostęp do wnętrza. W środku jest miejsce na dziesięć półek, obciągniętych gęstą aluminiową siatką. Łączna powierzchnia półek to cztery metry kwadratowe. Szafę łączą z kolektorem aluminiowe elastyczne rury wentylacyjne.
W sobotni poranek odbył się debiut suszarni. Niewiele jeszcze jest produktów do suszenia, ale wystarczyło surowca do wypełnienia pięciu półek. Słońce to pokazywało się, to znikało za chmurami. Temperatura w suszarni wahała się w związku z tym znacząco w ciągu całego dnia, ale średnio na górnych półkach wynosiła 45 stopni, a im niżej, tym mniej oczywiście.
Nadchodzące chmury burzowe przerwały sobotni eksperyment, być może użycie kartonu nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jest to wszak prototyp, który na pewno jeszcze będę usprawniał. Tak czy inaczej, do suszenia powróciłem w niedzielny poranek. Tu sprawy potoczyły się błyskawicznie, gdyż słońce nie zawiodło. Temperatura w górze suszarni wynosiła średnio 60 stopni, i już w południe można było "zwijać interes" - wszystko wyschło "na pieprz". Wysuszone rośliny trafiły do słoików, a zdemontowana suszarnia do szopy. Zdała egzamin, ale wymaga jeszcze przeróbek - lepszego mocowania rzepów do kartonu oraz usprawnienia metody przekręcania zestawu w trakcie suszenia w kierunku słońca.
W Ostoi przyroda w pełnej krasie. W huglu, o którym pisałem tutaj żyje kilka zaskrońców. Noce spedzają w środku, a za dnia albo penetrują okolicę, albo wygrzewają się na południowym stoku hugla. Sam hugel tonie dosłownie w facelii, pac-choi i fasolach. Zdecydowanie najlepiej wszystko rośnie na wschodnim stoku hugla, a dałbym sobie głowę uciąć, że najlepszy będzie stok zachodni. W ogródkach powoli nadchodzi pora zbioru bobu, który obrodził niezwykle, świetnie radzą sobie ziemniaki, i te w workach i te w zrębkach, a tu i ówdzie ślicznie kwitną nasturcje i ogóreczniki, których kwiaty kończą swój żywot w sałatce. Akompaniuje im dzielnie mięta, obficie rosnąca na ziołowej spirali. Kiwi, mango i melona jeszcze swojego nie mamy, ale będziemy nad tym pracować ;-)
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Deszcze niespokojne
Przechodzące co i rusz fronty atmosferyczne przyniosły do Ostoi liczne fale opadów, intensywnych ale krótkotrwałych. Pogoda to idealna na konstrukcję kolejnego ogródka - nie trzeba namaczać kartonów, gazet i zrębki, choć trzeba uważać, aby materiały nie pofrunęły.
Trzeci, nowy ogródek powstał na piaszczysto-trawiastym "nieużytku", w niewykorzystanej części podwórka. Orgódek ten docelowo ma być "poświęcony" warzywom wieloletnim - szparagom, rabarbarom, szczawiom, czosnkom i tym podobnym kulinarnym atrakcjom, które praktycznie poza zbiorem nie będą wymagać uwagi. Póki co, do ogródka trafiły nasiona roślin motylkowych, które mają za zadanie nie tyle użyźnić "glebę" (której nie ma) co stworzyć pokrycie zrębki, aby spowolnić utratę wilgoci i stworzyć lepsze warunki do rozwoju grzybni i dekompozycji drewna.
Niedawno sporządzony hugel dzięki silnym, acz przelotnym opadom zieleni się nadspodziewanie - najlepiej póki co rośnie na nim chińska kapusta Pac Choi, a z okrywowych motylkowych facelia. W huglu zamieszkał zaskroniec, jakim sposobem zorientował się, że można zrobić wejście do wielokondygnacyjnego pałacu z grubych gałęzi w środku hugla, to jego słodka tajemnica. W każdym razie ma wejście w górze hugla, a na południowym "stoku" umościł sobie kształtną półkę, gdzie lubi się wygrzewać, o ile akurat nie pada.
Gdy deszcz lał tak mocno, że nie sposób było wojować ze zrębkami i kartonami, powstawały różne inne rzeczy, mniej lub bardziej przydatne. Oto domek dla ptaków, wydłubany w pniu i zawieszony na starym klonie w centrum podwórka. Wiem, że na domki już za późno, ale do tej pory nawał ważniejszych prac powodował, że domek leżał odłogiem. Wątpię aby w tym roku domek znalazł lokatora, będzie jednak mam nadzieję jak znalazł na rok następny. Ptasia sytuacja zresztą nie jest zła - jak w zeszłym roku narzekaliśmy, że ptaków jest jakby mniej, tak w tym roku jest ich mnóstwo. Mam podejrzenia, że rosnąca bioróżnorodność Ostoi przyciąga je jak magnes. Jedyne co martwi, to zamiłowanie ptasiej gromadki do truskawek, szczególnie gustują w nich sójki, bezczelnie żerując na każdej dojrzałej którą spostrzegą.
Przybył też kolejny, tym razem miniaturowy domek dla owadów. Zrobiony z drewnianego pudełka po winie butelkowym, z dodatkiem nawierconych pieńków i gliny, zawisł na płocie w sąsiedztwie ogródka warzyw jednorocznych. W dużym domku dla owadów widać pierwsze zasklepione przez pszczoły murarki dziurki, tak więc jest szansa, że zadomowią się na dobre. Jeśli chodzi o warzywa jednoroczne, to ten rok wydaje się jak na razie "Rokiem Bobu i Ziemniaka" - rosną one niewyobrażalnie dobrze. Ziemniaki w ramach nieustających eksperymentów w większości posadzone były na jesieni (po prostu ułożone pod zrębką) i pomimo iż ucierpiały w pierwszomajowe przymrozki, to odbiły i mają się doskonale. Bób dzielnie im sekunduje, są już pierwsze ładne strąki. O ile w zeszłym roku rosły dobrze, o tyle w tym marnie radzą sobie rzodkiewki.
Na koniec weekendu do butelek trafił mój debiut winiarski - wino z kwiatów mniszka lekarskiego, czyli popularnego dmuchawca. Starczyło go na napełnienie pięciu butelek po Prosseco Veneto, jako że to winko z mniszka może się okazać również z lekka bąbelkowe. Teraz nastała najtrudniejsza część procesu tworzenia wina - oczekiwanie, aż nabierze ono właściwego smaku i aromatu. Zapowiada się jednak dobrze, o ile w ogóle moje opinie mogą okazać się tu miarodajne, bo jakom rzekł, w wyrobie win doświadczenia mi brak. Co innego nalewki - wiem że ta z kwiatów czarnego bzu, właśnie wczoraj zlana, będzie rewelacyjna. Już za jakieś pół roku lub rok - jak znalazł na takie dni, niespokojne i deszczowe.
Trzeci, nowy ogródek powstał na piaszczysto-trawiastym "nieużytku", w niewykorzystanej części podwórka. Orgódek ten docelowo ma być "poświęcony" warzywom wieloletnim - szparagom, rabarbarom, szczawiom, czosnkom i tym podobnym kulinarnym atrakcjom, które praktycznie poza zbiorem nie będą wymagać uwagi. Póki co, do ogródka trafiły nasiona roślin motylkowych, które mają za zadanie nie tyle użyźnić "glebę" (której nie ma) co stworzyć pokrycie zrębki, aby spowolnić utratę wilgoci i stworzyć lepsze warunki do rozwoju grzybni i dekompozycji drewna.
Niedawno sporządzony hugel dzięki silnym, acz przelotnym opadom zieleni się nadspodziewanie - najlepiej póki co rośnie na nim chińska kapusta Pac Choi, a z okrywowych motylkowych facelia. W huglu zamieszkał zaskroniec, jakim sposobem zorientował się, że można zrobić wejście do wielokondygnacyjnego pałacu z grubych gałęzi w środku hugla, to jego słodka tajemnica. W każdym razie ma wejście w górze hugla, a na południowym "stoku" umościł sobie kształtną półkę, gdzie lubi się wygrzewać, o ile akurat nie pada.
Gdy deszcz lał tak mocno, że nie sposób było wojować ze zrębkami i kartonami, powstawały różne inne rzeczy, mniej lub bardziej przydatne. Oto domek dla ptaków, wydłubany w pniu i zawieszony na starym klonie w centrum podwórka. Wiem, że na domki już za późno, ale do tej pory nawał ważniejszych prac powodował, że domek leżał odłogiem. Wątpię aby w tym roku domek znalazł lokatora, będzie jednak mam nadzieję jak znalazł na rok następny. Ptasia sytuacja zresztą nie jest zła - jak w zeszłym roku narzekaliśmy, że ptaków jest jakby mniej, tak w tym roku jest ich mnóstwo. Mam podejrzenia, że rosnąca bioróżnorodność Ostoi przyciąga je jak magnes. Jedyne co martwi, to zamiłowanie ptasiej gromadki do truskawek, szczególnie gustują w nich sójki, bezczelnie żerując na każdej dojrzałej którą spostrzegą.
Przybył też kolejny, tym razem miniaturowy domek dla owadów. Zrobiony z drewnianego pudełka po winie butelkowym, z dodatkiem nawierconych pieńków i gliny, zawisł na płocie w sąsiedztwie ogródka warzyw jednorocznych. W dużym domku dla owadów widać pierwsze zasklepione przez pszczoły murarki dziurki, tak więc jest szansa, że zadomowią się na dobre. Jeśli chodzi o warzywa jednoroczne, to ten rok wydaje się jak na razie "Rokiem Bobu i Ziemniaka" - rosną one niewyobrażalnie dobrze. Ziemniaki w ramach nieustających eksperymentów w większości posadzone były na jesieni (po prostu ułożone pod zrębką) i pomimo iż ucierpiały w pierwszomajowe przymrozki, to odbiły i mają się doskonale. Bób dzielnie im sekunduje, są już pierwsze ładne strąki. O ile w zeszłym roku rosły dobrze, o tyle w tym marnie radzą sobie rzodkiewki.
Na koniec weekendu do butelek trafił mój debiut winiarski - wino z kwiatów mniszka lekarskiego, czyli popularnego dmuchawca. Starczyło go na napełnienie pięciu butelek po Prosseco Veneto, jako że to winko z mniszka może się okazać również z lekka bąbelkowe. Teraz nastała najtrudniejsza część procesu tworzenia wina - oczekiwanie, aż nabierze ono właściwego smaku i aromatu. Zapowiada się jednak dobrze, o ile w ogóle moje opinie mogą okazać się tu miarodajne, bo jakom rzekł, w wyrobie win doświadczenia mi brak. Co innego nalewki - wiem że ta z kwiatów czarnego bzu, właśnie wczoraj zlana, będzie rewelacyjna. Już za jakieś pół roku lub rok - jak znalazł na takie dni, niespokojne i deszczowe.
Etykiety:
bób,
czarny bez,
dmuchawiec,
domek dla owadów,
domek dla ptaków,
hugel,
hugelkultura,
mniszek lekarski,
nalewki,
Ostoja,
wino,
ziemniaki,
zrębka
Subskrybuj:
Posty (Atom)