czwartek, 21 kwietnia 2022

Czas żonkili i forsycji

Kwiecień w Ostoi zawsze zaczyna się żonkilami, teraz oficjalnie zwanymi narcyzami. Dziwne, sadziłem żonkile, a po latach rosną narcyzy, czego to spece od systematyki nie wymyślą ... Sadziłem je z myślą o tym, że wyznaczą skraje ścieżek i grządek, są więc porozrzucane po całej Ostoi, ale zawsze niemal tworzą jakieś linie, coś wskazujące. Miałem w planie sadzić minimum sto kolejnych co roku, aby kiedyś dojść do stanu jaki podziwiałem w Szwecji, gdzie w początku maja zielone skarpy schodzące do Bałtyku usiane są gęsto żółtymi gwiazdkami żonkili, co z pokładu łodzi kołyszącej się na falach wygląda bosko. Z powodu braku morza jednak, wybrałem drogę praktyczną i o ile żonkile jeszcze będę dosadzał, to właśnie wzdłuż "szlaków komunikacyjnych".

Zupełnie inaczej ma się sprawa z czosnkiem niedźwiedzim, cebulą siedmiolatką i szczypiorami. Te sadziłem obficie, rozrzucając je po krajobrazie jako te szwedzkie żonkile. W efekcie, już od początku kwietnia, w wielu miejscach pojawia się jakby "znikąd" aromatyczne jedzenie pełne witamin. Obecnie już nie sadzę cebulek, ale po prostu pozwalam moim czosnkom i szczypiorkom zakwitać, wydać nasiona, które same wykiełkują w pobliżu, lub też czasami zbieram je i rozsiewam, bez żadnych zabiegów przygotowawczych. Jestem czasami zdumiony, że wyrastają dosłownie w szczerym piachu, wbrew obiegowej opinii, że czosnek niedźwiedzi szczególnie lubi gleby żyzne i wilgotne, jakich nie ma naturalnie w Ostoi.

Czosnek tradycyjny natomiast, jak co roku posadziłem ubiegłej jesieni w truskawkach, ale także poświęciłem na niego jedną z grządek podwyższonych. Na tej grządce w październiku 2021 posadziłem trzy odmiany w celu wyhodowania z nich materiału do sadzenia w październiku 2022 i zbioru latem 2023. To się nazywa długofalowe planowanie chyba. Ale tak naprawdę, chodzi to o to, aby porównać te trzy odmiany, pod względem wczesności, plonu i smaku. Już teraz w kwietniu widać, że części nadziemne różnią się od siebie znacząco, zapewne różnice będą też widoczne w wielkości i jakości plonu. Wszystko to ma służyć temu, aby być w zakresie czosnku samowystarczalnym, aby każdy zbiór wystarczał nam do następnych zbiorów. Jest już tak teraz (sto główek zebranych w 2021 jeszcze się nam nie skończyło, pomimo dzielenia się z innymi), ale mam nadzieję na jeszcze lepsze efekty - chcę mieć nadal sto główek co roku, ale większych i jeśli to możliwe, bardziej jeszcze ostrych. 

Tuż obok czosnku zieleni się siany w tym samym czasie szpinak. Jest teraz w fazie małych listków, które w końcu zimy miały kontakt z mrozem. Dzięki temu są one niebywale słodkie. Szpinak broni się przed mrozem zwiększając stężenie cukrów w swoich sokach, stosuje swojego rodzaju "płyn zimowy", jak my w swoich autach. Teraz szpinak ten jest bardzo smaczny, urywam więc po jednym listku z każdej roślinki, aby się nim nieco podelektować. Gdy tylko zrobi się cieplej, ruszy z kopyta, wypuści wielkie liściory i już nie będzie tak smaczny jak teraz, choć oczywiście o niebo lepszy od sklepowego. 

Podobnie ma się sprawa z jarmużem szparagowym, który przezimował pięknie i teraz zaczyna wypuszczać młode liście, o wiele jednak większe niż szpinakowe. Smakują doskonale duszone, ale ja czekam na młode pędy, które zacznie wypuszczać w maju. Przyrządza się je jak szparagi, stąd nazwa tej odmiany jarmużu. W tym roku zamierzam posiać również inną mrozoodporną odmianę zwaną "jarmużem o tysiącu głów". Nigdy jeszcze jej nie uprawiałem, ale wiem, że roślina ta osiąga podobno gigantyczne rozmiary i z tego powodu tradycyjnie karmi się nią częściej bydło niż ludzi, no ale dopóki nie spróbuję, nie dowiem się jaki ma potencjał w Ostoi.

W Warszawie żółto wszędzie od forsycji, ale w Ostoi do pełni kwitnienia jeszcze daleko. Na razie cieszą forsycje rosnące u innych, ja posadziłem je u siebie w wielogatunkowym żywopłocie dopiero w zeszłym roku, mam więc tej wiosny dziesięć kwiatków na krzyż. Forsycja niestety nie jest dobrym pożytkiem dla pszczół, ale za to ma inną cenną cechę. Gdy zakwita, pokazuje ogrodnikowi, że nadszedł czas - w fenologii to znak, że można już siać do gruntu zielony groszek, marchew, sałatę, buraki, szpinak czy rzodkiewki. Wziąłem się więc za siew groszku, aczkolwiek jestem pesymistą. Pewnie dudki jak co roku wszystko wyjedzą. Równolegle więc, mam rozsadę w doniczkach, bo czego jak czego, ale początku lata bez strączków prosto z krzaczka sobie nie wyobrażam. Kwitnienie forsycji to też moment, kiedy masowo zaczynają kiełkować nasiona chwastów tam, gdzie ziemia była goła i przekopana. I choć u mnie wszystkie grządki albo wyściółkowane, albo uzupełnione kompostem, zaczynam mieć oko na niepożądane rośliny, usuwam je gdy jeszcze są maleńkie, aby zaoszczędzić sobie pracy później w sezonie.

Pod dachem z kolei, druga połowa kwietnia to czas, kiedy trzeba rozgęścić papryki i pomidory. W tym roku znowu robię coś inaczej - używam innych wielodoniczek do siewu i rozsady. W efekcie, z każdej doniczki na 60 roślin, przesadzam teraz sadzonki do czterech dużych wielodoniczek, po 15 roślin każda. W nich pomidory i papryki doczekają do chwili, kiedy można je będzie sadzić na zewnątrz. Praca ta idzie bardzo szybko, problemem jest jak zwykle miejsce, gdzie wszystkie te sadzonki poustawiać tak, aby miały dość światła. Niestety, od kilku dni pogoda uniemożliwia rozwiązanie najlepsze, czyli wynoszenie sadzonek w ciągu dnia na taras. ale gdy tylko na to pozwoli, będę dokładał starań, aby choć przez kilka godzin na dobę stały na dworze.

Zdarzenia losowe sprawiły, że ten kwiecień był zupełnie wyjątkowy - tak mało byłem w Ostoi. Nie udało mi się jej odwiedzić przez ponad dwa tygodnie, co jednak nie wydaje się mieć jakichś poważnych konsekwencji. Ot, coś co powinno, nie jest jeszcze posiane, coś co było w planach nie jest posadzone, ale generalnie widać, że rośliny radzą sobie bez mojej pomocy, szczególnie te w leśnych ogrodach. Kwitnie już jagoda kamczacka, śliwy zabierają się za kwitnienie, z ziemi wyłażą rabarbary, a z trzcin wyłazi jak zwykle Bambi, aby się na mnie pogapić, a może chce się przywitać po długim niewidzeniu? Wszędzie widać jaszczurki, słychać pierwsze rechoty żab, a ptaki wszelakie odprawiają amory i trele.

W miesiącu forsycji i żonkili dominuje kolor żółty, do którego dopasowuje się nawet słoneczko, zachodząc nad Ostoją. W rozkroku pomiędzy Ostoją a Warszawą, gdzie właśnie wspomina się rocznicę powstania w Gettcie, gdzie też żółto, ale i niebiesko, wypada tylko powiedzieć:

Niebo złote ci otworzę,
w którym ciszy biała nić
jak ogromny dźwięków orzech,
który pęknie, aby żyć
zielonymi listeczkami,
śpiewem jezior, zmierzchu graniem,
aż ukaże jądro mleczne
ptasi świt.









piątek, 25 marca 2022

Na co się zanosi?

 

Marzec toczy się powoli, a wiosna raczej wkrada się po cichu tylną furtką do Ostoi, niż dumnie wkracza frontową bramą. Z ziemi zaczynają wychodzić pierwsze pokrzywy, zakwitły też krokusy, a w każdym z nich urzędują co najmniej trzy pszczoły, gdy dopisuje pogoda. Rodziny pszczele przezimowały wszystkie szczęśliwie, zanosi się więc (tfu tfu tfu trzy razy przez lewe ramię aby nie zapeszyć) na dobry początek pszczelarskiego sezonu. W ciepłych dniach trzeciej dekady marca pszczoły noszą intensywnie pyłek z wierzb, leszczyn i moich krokusów, uwijając się pracowicie zawsze, gdy tylko pogoda na to pozwala.

Burzliwa pogodowo końcówka zimy zaowocowała powywracanymi przez wiatr drzewami, a niektóre z nich raczyły wpaść do stawu. Nieco wysiłku kosztowało mnie ich wydobycie, ale udało się to poczynić jednoosobowo. W trakcie zimy uschły trzy wielkie osiki okorowane przez bobry u nasady. Gdy zaczęły się chylić w stronę stawu, podjąłem decyzję o ich wycięciu. Z pomocą zaprzyjaźnionego arborysty udało się nam sprawić, że poleciały w kierunku dokładnie przeciwnym. Kolejne jednak dwa cenne dni z marcowego kalendarza zostały przeznaczone na to, co nie było w planach, a przez to z kolei inne prace się opóźniają lub zgoła idą ad acta. Nie będzie więc w tym roku wiosennych nasadzeń drzew i krzewów, musi to poczekać do jesieni.

Nie można jednak zaniedbać wiosennych siewów. Wszystkie znaki na niebie i ziemi oraz w mass mediach wskazują na to, że czeka nas naprawdę trudny rok. Żywność nie tylko może drastycznie zdrożeć, ale po prostu może jej najzwyczajniej w świecie zabraknąć. I to nie jakichś artykułów luksusowych, ośmiorniczek czy innych kawiorów, ale zwykłego zboża na chleb czy ziemniaka do garnka. Braki w dostępności paliw, nawozów i środków ochrony roślin wpłyną silnie na rolnictwo wielkoprzemysłowe, z jednej strony utrudniając produkcję rolną, a z drugiej czyniąc ją nieopłacalną. Dlatego jeść będą ci, którzy sobie teraz posieją. Planowałem zmniejszyć uprawę ziemniaków, ale z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że byłby to samobójczy strzał w kolano i że powinienem uczynić dokładnie odwrotnie. Muszę to jeszcze przemyśleć, a na razie sieję bób, groszek, sałaty, selery, oraz pierwsze papryki i pomidory.

Jak cenne są zapasy własnego jedzenia przekonujemy się właśnie teraz, spożywając kolejne dynie w postaci zup, curry i innych wynalazków. Dynie przechowują się wzorowo po raz pierwszy po prostu w mieszkaniu, w pokojowej temperaturze. Przeciętnie, od końca zeszłego sezonu spożywamy jedną dużą lub kilka małych tygodniowo. Jeżeli dalej będziemy jeść w tym tempie, dynie skończą się w maju, kiedy to, mam nadzieję, będzie już sporo plonów z ogrodu. Tej zimy furorę zrobiły też nasiona dyni bezłupinowej, absolutnie przepyszne w formie uprażonej z przyprawami. Zanosi się na to, że posadzę w tym roku więcej tych dyń, z własnoręcznie zebranych nasion.

Bardzo wiele zresztą rozsad w tym roku przygotowuję w oparciu o własne nasiona. Niestety, nie jestem w stanie poświęcić temu tyle czasu i uwagi ile bym chciał, niemniej jednak pierwszą partię super ostrych papryk i pomidorów wysiałem wcześniej niż mam to zwyczaj robić. Jest to rodzaj polisy ubezpieczeniowej, na wypadek, gdyby coś nie wyszło. Drugą partię wysieję w początku kwietnia. Każda z nich stanowić będzie "backup" dla tej drugiej. Podobnie postępuję z sałatami, siejąc mikroilości co dwa tygodnie. Ryzykuję też siejąc bardzo wcześnie marchew, rzodkiewkę i cebulę do gruntu, okrywając ją agrowłókniną. Chciałbym w tym roku mieć mały, ale stały dopływ plonów z moich grządek od początku wiosny do późnej jesieni.

Myślę, że w tym roku warto przyłożyć się szczególnie solidnie do dbania o swój ogród. Warto mieć zapasy rozsad i sadzić je w każde wolne miejsce na grządce. Wykorzystywać każdą niszę, zbierać wszystko regularnie, aby nic się nie marnowało, jeść, przetwarzać, konserwować i dzielić się z tymi, którzy nie mogą lub nie potrafią wyhodować sobie własnych plonów. Myślę, że być może ten rok będzie przełomowy i że w świadomości wielu zmieni spojrzenie na to, skąd pochodzi nasza żywność, jak się ją produkuje, jaką drogą do nas trafia i jak z niej korzystamy. Oby jak najwięcej ludzi doszło do takiego samego wniosku jak Geoff Lawton pisząc, że wszystkie problemy tego świata można rozwiązać w ogrodzie.





sobota, 19 lutego 2022

O czym tu pisać?

 

Tegoroczny luty w Ostoi nie nastraja do pisania. Pogoda nie dopisuje, burze i sztormowe wręcz wiatry przewalają się nad lasem, fruwają gałęzie i nawet wiadra z wodą. Z drewutni zdarło papę, dobrze (odpukać) że nie dach z chałupy. W ostatnich dniach pełnia w połączeniu z takim biometem sprawia, że robię tylko to, co konieczne i możliwe, czyli w sumie niewiele. Część planów musi ulec odroczeniu. Sprawdzam jednakże stan uli i z radością obserwuję, że z każdego z nich kilka pszczół zaklina pogodę i próbuje dokonać oblotu. Średnio im to wychodzi, ale to dobry znak (odpukać), że wszystkie rodziny przezimowały.

W kuchni natomiast, gdzie ani pełnia, ani wiatr nie mają dostępu, trwa nieustannie sezon na dynie. Ostojowe plony sprawiają, że zupa dyniowa jest zawsze w karcie, a i inne pomysły na to jedno z trójcy najwspanialszych w mojej opinii warzyw też są realizowane. Ważniejszym jednak jest to, że absolutnie każdą dynię, która trafia do kuchni próbuję, i o ile spełnia moje kryteria, zachowuję z niej nasiona. A selekcja ukierunkowana jest na kilka czynników, ale ten sprawdzany w kuchni, to smak. Moje dynie mają być bogate w karoten i być słodkie. I z takich owoców nasiona posadzę w tym sezonie. Oczywiście, selekcja trwała w ogrodzie (nasiona można pobrać tylko z tych roślin, które wydały owoce), oraz pod względem zdatności do przechowywania (widzę ją teraz doskonale, wybierając egzemplarze do kuchni).

Aby pobrać nasiona, trzeba dynię przekroić. Brzmi to jak truizm, ale o wiele lepiej z punktu widzenia kulinarnego jest piec ją w całości, a dopiero potem wybierać słodki, pachnący miąższ. To jednak nie pozwala nasionom przeżyć, kroję więc dynie na pół i dopiero później użytkuję kulinarnie, no i zbieram nasiona, o ile rokują szansę na dobry plon. Przy tej okazji ujawnia się potęga życia - we wnętrzu niektórych dyń w lutym zaczynają kiełkować nasiona. W ciemnym, wilgotnym, ciasnym wnętrzu pokrytego grubą skórą owocu. Powstaje więc tu dylemat - docenić pęd do wolności, czy raczej zdyskwalifikować jako egzemplarz niezbyt zdatny do przechowywania i nie pobrać nasion? Czy wiecie, jaki jest mój wybór? A jaki byłby Wasz? 

Przygotowania do wiosny i do tego sezonu to także testy z jednej strony zebranych nasion, z drugiej podłoży do wysiewu nasion i uprawy rozsad. Nie uwierzycie, jak wiele winy przypisujemy sobie, podczas gdy wina leży gdzie indziej. Choć na opakowaniu nasion sałaty widnieje informacja, że "są ważne do X.Y", to potrafią już dziś nie kiełkować. Wysiejesz, czekasz i nic. Myślisz, że jesteś złym ogrodnikiem, tymczasem, nasiona po prostu są marne. Podobnie, używasz jakiegoś podłoża i uzyskujesz rachityczne siewki. Myślisz, że to Twoja wina, a tymczasem to marne podłoże. Dlatego, robię siewy testowe przed sezonem, żeby się później nie rozczarować i przede wszystkim nie tracić czasu na coś, co nie ma szans wypalić.


O czym tu jeszcze napisać ... może o leśnym ogrodzie?

Ten przydomowy dopieszczam - wycinam wszystko, co zbędne - stare maliny i wrotycze, pokrzywy i uschłe pędy topinambura. Wszystko rzucam tam, gdzie zostało ścięte równo z ziemią. Przysypuję cienką warstwą zrębek. W przeciągu tygodnia widzę pierwsze przebijające się truskawki, młode, pełne witamin pokrzywy, tu i ówdzie zieleni się smaczna gwiazdnica. Od tej pory od czasu do czasu sekator wykona drobną korektę, ale zasadniczo poza przejechaniem kosiarką po ścieżkach nie będzie tu innych prac poza zbiorami. W drugim, bardziej oddalonym od domu leśnym ogrodzie ściąłem jedynie wiatrochron z miskanta olbrzymiego i rzuciłem go na ziemię jako ściółkę.

Gdy zapada zmrok staram się wyrwać choć na chwilę, aby spojrzeć zachodzącemu słońcu w twarz. Nie służy mi ta aura, ale są dni kiedy niebo jest spektakularne. Pstrykając fotki zbrązowiałych łąk i czarnych horyzontów zastanawiam się - gdzie te zimy, kiedy człek brnął w śniegu po pas, wilcy wyli, a Juranda ze Spychowa trzeba było ratować z sań ogarniętych przez śnieżną zamieć... 

Tak to jest, gdy nie wiadomo o czym pisać - od przewróconych wiader do Juranda ze Spychowa. Kończę więc, dokumentując najjaśniejsze chwile tego niezbyt ciekawego miesiąca. Trzymajcie się ciepło.













środa, 26 stycznia 2022

Zgniła zima

 

No i mamy nowy rok, styczeń i kolejną zimę, kiedy śniegu jak na lekarstwo, a mroźne noce przeplatają się z dniami o dodatnich temperaturach. Nazywam to zgniłą zimą, bo de facto, jest to czas dekompozycji wszystkiego - od opadłych liści począwszy, po chęć wypadów w plener. Na szczęście, lubię każdą pogodę i staram się dostosowywać do tego, co akurat wyż czy niż przyniosą. Najbardziej denerwuje mnie brak pokrywy śnieżnej, gdyż mrozy są wtedy najbardziej szkodliwe dla roślin, szczególnie przy wiatrach, które tu, w Ostoi bywają silne tej zimy. 

Zaletą zgniłej zimy jest to, że bywają dni, kiedy zrębka, kompost czy kostki słomy nie są zmrożone i można nieco popracować i pościółkować. W stercie zrębki kwitnie grzybne życie. W zależności od tego, jak bardzo dana warstwa jest wilgotna i zbita, gdzieniegdzie jest aż biało od grzybni, a w innych miejscach raczej czarno od bakteryjnego rozkładu. Cieszy mnie i jedno, i drugie, ważne że zrębki są bogate w żywe organizmy, które zasilą glebę w ściółkowanym nimi leśnym ogrodzie. Ponieważ nie jest to pierwszy rok takiego ściółkowania, stosuję "dawkę przypominającą", grubości około pięciu centymetrów. Tyle z powodzeniem wystarczy tam, gdzie główne nasadzenia to drzewa i krzewy.

Popatrzcie na grzybową magię, jaka czai się w zrębkach.


 

Zgniła jesień to doskonały czas, aby zrębki rozprowadzić bez ryzyka,
że słońce i susza pozabijają strzępki grzybni.

Zrębkami przysypuję też grządki truskawkowe, gdzie wśród truskawek tradycyjnie posadziłem także czosnek. Wszystkie stare, chore, objedzone przez owady czy ślimaki liście zniknęły pod cienką warstwą zrębek, gdzie w trakcie zimy, zgniłej lub nie, rozłożą się, a na wiosnę ze zrębek wyjdą tylko listki młode, zdrowe i nienapoczęte. Zabieg taki to naturalne odnawianie truskawkowej grządki, i jak na razie, pomimo upływu lat, zbieram truskawki co roku i nie dosadzam nowych krzaczków, ani nie zmieniam miejsca uprawy. Co więcej, co roku każda taka jak na zdjęciu grządka dostarcza od kilkunastu do kilkudziesięciu nowych krzaczków, które emigrują z grządki na rozłogach i ukorzeniają się w ścieżkach. Dlatego też, i ścieżki dostaną cieniutką warstwę zrębek, żeby truskawki czuły się tam jak u siebie w domu. A domem ich będzie wkrótce ogród leśny, gdzie przesadzam wszystkie nadwyżki. Owocują tam słabo, bo rosną w pełnym cieniu, ale ich rolą jest po prostu tam być i okrywać glebę, co robią samą swą obecnością.

Zajrzyjmy do kącika przy bramie, zwanego Trójkątem - jeszcze rok temu był tu absolutnie szczery piach, szczery do bólu, bo nie rosło w nim nic, nad wszystkim dominowała jedynie czeremcha amerykańska. Nieco pościółkowałem, nieco powysiewałem, coś tam posadziłem, i dzisiaj w styczniu, pokazują się spod ściółki poziomki, truskawki i inne atrakcje. Kolejny mały spłachetek ma szansę od wiosny zielenić się na dobre tam, gdzie szarzał piach. Oczywiście, posadzone jest też drzewko owocowe i kilka krzewów, aby wszystko razem mogło zacząć wyścig do słońca od wiosny. Początkowo konieczna będzie obserwacja i reagowanie, jeśli zakątek ten będą chciały skolonizować trawy - nie jest to miejsce bowiem dla nich przeznaczone. Gdy tylko się pojawią, postaram się je usuwać ręcznie, aby się nie rozpanoszyły. Mam nadzieję że dzięki ściółce nie będzie to zbyt absorbującym obowiązkiem.

Gdyby ktoś pytał, jak to jest możliwe, że śliczny wiklinowy płotek złotą polską jesienią jeszcze był, a piękną polską wiosną już zostały z niego tylko szczątki, to dzieje się to właśnie tak - w zgniłą zimę, grzyby kolonizują każde martwe drewno, nawet to ślicznie plecione. Dlatego też, zastąpiłem moje piękne zjedzone przez grzyby płotki, nadgniłymi pniami brzozy, olchy i czym tam jeszcze, co było akurat pod ręką z łaski bobrów. Oczywiście, grzyby już urządziły sobie na pniach stołówkę, ale mam nadzieję, że upłynie wiele lat zanim pnie zostaną rozłożone do stanu takiego, że przestaną stanowić wizualną barierę wokół wyspy starych drzew na środku podwórka. 

O ile w projektowaniu permakulturowym najbliższy jest mi Geoff Lawton, o tyle w uprawie warzyw z przeznaczeniem do kuchni w dużej mierze moim wzorem jest Charles Dowding. To pod jego wpływem zacząłem najbliższe domu, a więc najintensywniej uprawiane grządeczki ściółkować kompostem. Nadal jednak część z nich uprawiam w systemie Ogrodu Stopy Kwadratowej autorstwa Mela Bartholomew, jak więc widać, sukces ogrodniczy ma wielu ojców, a czasami i matek, bo mam też fragment ogrodu powstały z inspiracji Ruth Stout, grubo ściółkowany sianem lub słomą. Teraz jednak, w zgniłą zimę, widać to, o czym mówi często Charles, a mianowicie nieliczne chwasty pojawiające się na grubo przed sezonem. I radzi on - jeżeli teraz taki maluch rzuci Ci się w oczy, usuń go, a oszczędzisz sobie masy pracy w sezonie. Nigdzie siewek chwastów nie widać tak doskonale, jak w ściółce z kompostu.

Czasami aż żal patrzeć na grządki w styczniu, a to wtedy, gdy zima przestaje być zgniła i na moment staje się mroźna. Na razie osiągnęliśmy minus siedemnaście, na szczęście krótkotrwale. Śniegu nie napadało, a kompostowa ściółka na grządkach ścina się przy takich temperaturach na kamień. Gdzieniegdzie tkwią w niej biedne rośliny, takie jak na przykład jarmuż szparagowy, który powinien przezimować i plonować od wczesnej wiosny. Czy tak będzie, przekonamy się, gdy się ociepli. Na razie, wygląda smętnie, ale bez wątpienia jeszcze dycha. Dychają też rośliny wysiane późną jesienią, które zdążyły jeszcze w starym roku wykiełkować, a są to głównie cebule i szpinaki. 

Mając na uwadze to, że polski ład i inflacja wyjadają nam wszystko z kont i z garnków, postanowiłem się ubezpieczyć na wypadek pustych półek w Lidlach i Biedronkach (gdzie nie bywam tak czy inaczej) i zabezpieczyć los przyszłych plonów. Mając w pamięci kurs Charlesa Dowdinga, przykryłem niektóre grządki agrowłókniną, którą miałem z czasów zamierzchłych, kiedy to pod wpływem ogólnie obowiązującej wiedzy ogrodniczej zabezpieczałem nią krzewy na zimę (ostatni raz w 2013 chyba roku). Agrowłóknina w obecnym wydaniu ma działać jak "sztuczny śnieg" i nie tyle zabezpieczać mini roślinki przed mrozem, ale przed silnym, osuszającym wiatrem, albowiem z zamarzniętej ziemi i Salomon nie naleje.

Jak zawsze w Ostoi, nie ma tak, aby wszędzie było jednakowo. Kilka grządek ma kołderkę słomianą, w tym moja eksperymentalna grządka czosnków, na której posadziłem obok siebie ząbki dwóch odmian komercyjnych oraz pochodzące z mojego zbioru i kultywowane w Ostoi od kilku lat. Chcę sprawdzić, czy zachowywanie własnych ząbków jest uzasadnione pod względem wielkości plonu, bo oczywiście bez wątpienia jest uzasadnione ekonomicznie. Dotychczasowe testy prowadzone przez obdarowanych potwierdziły, że czosnek z Ostoi smakuje lepiej, a ściślej mocniej, niż kupny. A jak będzie bezpośredniej konkurencji z "korpoczosnkiem"? Przekonamy się latem.

Gdy mróz odpuszcza, wszędzie widać jakąś zieleń. Nie inaczej w donicach podsiąkowych, nietkniętych od listopada. Tu i ówdzie widać a to jakąś nać, a to jakąś sałatę. W tym roku, po wielu latach użytkowania planuję całkowite odświeżenie donic, do których jedynie dosypywałem co roku nieco kompostu. Zamierzam wymienić około połowę podłoża w każdej z nich i być może zabrać część z nich do miasta, bo powoli tracą one rację bytu w Ostoi - tak wiele tu rośnie w gruncie. Nie jest to jeszcze przesądzone, ale o ile tak się stanie, to w donicach spróbuję wyhodować naprawdę duże krzaki ostrych papryk. Przeskok od 2-3 litrowych worków do 90 litrowej kastry budowlanej może być spektakularny. 

A skoro wspomniałem miasto, to dzieje się tu w zgniłą zimę całkiem sporo, bo bywam tu znacznie częściej niż w Ostoi. Styczeń jest dla mnie czasem testów i nauki. Próbuję różne nowości, uczę się nowych tematów, testuję siłę kiełkowania nasion przed sezonem .... Teraz na przykład sprawdziłem jak się mają zebrane przeze mnie nasiona akmelii i kłosowca fenkułowego. Wysiałem je masowo w maleńkim pojemniczku i gdy wykiełkowały, przy wielkości około jednego centymetra, przepikowałem je do wielodoniczki. Ze szczypty nasion wsypanych do pojemnika po serku uzyskałem 60 pięknych siewek, a to tylko połowa tego, co wykiełkowało. Obfitość, jaką jesteśmy otoczeni w ogrodzie i możliwości, jakie to przed nami otwiera, są naprawdę nieskończone - wystarczy jedynie z jednej strony mieć oczy otwarte, a z drugiej chcieć skorzystać z tego, co mamy pod ręką.

A skoro wspomniałem siewy, to wróćmy jeszcze do Ostoi na moment. Jak co roku, robię nieco siewów zimowych, czyli z jednej strony sieję nasiona roślin wymagających stratyfikacji do pojemników, które pozostawiam na mrozie, jak i sieję nieco nasion wprost do gruntu lub po prostu w trawę. Ostatnio korzystając ze zgniłej zimy, i faktu, że pszczoły śpią, przejechałem kosiarką elektryczną pas przed ulami, przycinając panoszące się trawy i jeżyny. Ścinki z nich zmieszały się ze śniegiem, tworząc cieniutką ściółkę. Wysiałem tu trochę nasion koniczyn, z niewielkim dodatkiem facelii w nadziei, że coś z tego dla pszczół wyrośnie, gdy się ociepli.

No i skoro o siewach, to skoczmy znowu do miasta, gdzie właśnie wykiełkowały pierwsze pomidory. Ale spokojnie, nie są to pomidory "normalne", lecz miniaturowe, doniczkowe, a ściślej kolejne już pokolenie z mojej uprawy zimowej. Przy okazji, w małym pudełeczku testuję dwa różne podłoża do wysiewu, sporządzone z dwóch różnych kompostów. W kompoście A (po lewej) wykiełkowały wszystkie cztery nasiona, w kompoście B (po prawej) jedynie dwa, czyli połowa. Nie jest to jeszcze dowód na nic (może być to kwestia nasion a nie kompostu), ale jest to jakaś wskazówka, którego z dwóch kompostów użyć na skalę masową, gdy nadejdzie właściwy czas.  Zobaczę też, jak w tych kompostach sadzonki będą rosnąć, a gdy podrosną, trafią do dobrych ludzi, u których będą miały dobrze na parapetach.

I taka to zgniła zima, wydawałoby się, że nudna i paskudna - nic bardziej mylnego. Jest sporo pracy, satysfakcji, a nawet takich wyjątkowych dni, kiedy zgnilizna znika, wychodzi słońce i świat staje się od razu bardziej świeży. Nie wierzycie? Zapraszam na krótki spacer po najbliższej okolicy Ostoi. Miłego dnia!