piątek, 25 marca 2022

Na co się zanosi?

 

Marzec toczy się powoli, a wiosna raczej wkrada się po cichu tylną furtką do Ostoi, niż dumnie wkracza frontową bramą. Z ziemi zaczynają wychodzić pierwsze pokrzywy, zakwitły też krokusy, a w każdym z nich urzędują co najmniej trzy pszczoły, gdy dopisuje pogoda. Rodziny pszczele przezimowały wszystkie szczęśliwie, zanosi się więc (tfu tfu tfu trzy razy przez lewe ramię aby nie zapeszyć) na dobry początek pszczelarskiego sezonu. W ciepłych dniach trzeciej dekady marca pszczoły noszą intensywnie pyłek z wierzb, leszczyn i moich krokusów, uwijając się pracowicie zawsze, gdy tylko pogoda na to pozwala.

Burzliwa pogodowo końcówka zimy zaowocowała powywracanymi przez wiatr drzewami, a niektóre z nich raczyły wpaść do stawu. Nieco wysiłku kosztowało mnie ich wydobycie, ale udało się to poczynić jednoosobowo. W trakcie zimy uschły trzy wielkie osiki okorowane przez bobry u nasady. Gdy zaczęły się chylić w stronę stawu, podjąłem decyzję o ich wycięciu. Z pomocą zaprzyjaźnionego arborysty udało się nam sprawić, że poleciały w kierunku dokładnie przeciwnym. Kolejne jednak dwa cenne dni z marcowego kalendarza zostały przeznaczone na to, co nie było w planach, a przez to z kolei inne prace się opóźniają lub zgoła idą ad acta. Nie będzie więc w tym roku wiosennych nasadzeń drzew i krzewów, musi to poczekać do jesieni.

Nie można jednak zaniedbać wiosennych siewów. Wszystkie znaki na niebie i ziemi oraz w mass mediach wskazują na to, że czeka nas naprawdę trudny rok. Żywność nie tylko może drastycznie zdrożeć, ale po prostu może jej najzwyczajniej w świecie zabraknąć. I to nie jakichś artykułów luksusowych, ośmiorniczek czy innych kawiorów, ale zwykłego zboża na chleb czy ziemniaka do garnka. Braki w dostępności paliw, nawozów i środków ochrony roślin wpłyną silnie na rolnictwo wielkoprzemysłowe, z jednej strony utrudniając produkcję rolną, a z drugiej czyniąc ją nieopłacalną. Dlatego jeść będą ci, którzy sobie teraz posieją. Planowałem zmniejszyć uprawę ziemniaków, ale z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że byłby to samobójczy strzał w kolano i że powinienem uczynić dokładnie odwrotnie. Muszę to jeszcze przemyśleć, a na razie sieję bób, groszek, sałaty, selery, oraz pierwsze papryki i pomidory.

Jak cenne są zapasy własnego jedzenia przekonujemy się właśnie teraz, spożywając kolejne dynie w postaci zup, curry i innych wynalazków. Dynie przechowują się wzorowo po raz pierwszy po prostu w mieszkaniu, w pokojowej temperaturze. Przeciętnie, od końca zeszłego sezonu spożywamy jedną dużą lub kilka małych tygodniowo. Jeżeli dalej będziemy jeść w tym tempie, dynie skończą się w maju, kiedy to, mam nadzieję, będzie już sporo plonów z ogrodu. Tej zimy furorę zrobiły też nasiona dyni bezłupinowej, absolutnie przepyszne w formie uprażonej z przyprawami. Zanosi się na to, że posadzę w tym roku więcej tych dyń, z własnoręcznie zebranych nasion.

Bardzo wiele zresztą rozsad w tym roku przygotowuję w oparciu o własne nasiona. Niestety, nie jestem w stanie poświęcić temu tyle czasu i uwagi ile bym chciał, niemniej jednak pierwszą partię super ostrych papryk i pomidorów wysiałem wcześniej niż mam to zwyczaj robić. Jest to rodzaj polisy ubezpieczeniowej, na wypadek, gdyby coś nie wyszło. Drugą partię wysieję w początku kwietnia. Każda z nich stanowić będzie "backup" dla tej drugiej. Podobnie postępuję z sałatami, siejąc mikroilości co dwa tygodnie. Ryzykuję też siejąc bardzo wcześnie marchew, rzodkiewkę i cebulę do gruntu, okrywając ją agrowłókniną. Chciałbym w tym roku mieć mały, ale stały dopływ plonów z moich grządek od początku wiosny do późnej jesieni.

Myślę, że w tym roku warto przyłożyć się szczególnie solidnie do dbania o swój ogród. Warto mieć zapasy rozsad i sadzić je w każde wolne miejsce na grządce. Wykorzystywać każdą niszę, zbierać wszystko regularnie, aby nic się nie marnowało, jeść, przetwarzać, konserwować i dzielić się z tymi, którzy nie mogą lub nie potrafią wyhodować sobie własnych plonów. Myślę, że być może ten rok będzie przełomowy i że w świadomości wielu zmieni spojrzenie na to, skąd pochodzi nasza żywność, jak się ją produkuje, jaką drogą do nas trafia i jak z niej korzystamy. Oby jak najwięcej ludzi doszło do takiego samego wniosku jak Geoff Lawton pisząc, że wszystkie problemy tego świata można rozwiązać w ogrodzie.





sobota, 19 lutego 2022

O czym tu pisać?

 

Tegoroczny luty w Ostoi nie nastraja do pisania. Pogoda nie dopisuje, burze i sztormowe wręcz wiatry przewalają się nad lasem, fruwają gałęzie i nawet wiadra z wodą. Z drewutni zdarło papę, dobrze (odpukać) że nie dach z chałupy. W ostatnich dniach pełnia w połączeniu z takim biometem sprawia, że robię tylko to, co konieczne i możliwe, czyli w sumie niewiele. Część planów musi ulec odroczeniu. Sprawdzam jednakże stan uli i z radością obserwuję, że z każdego z nich kilka pszczół zaklina pogodę i próbuje dokonać oblotu. Średnio im to wychodzi, ale to dobry znak (odpukać), że wszystkie rodziny przezimowały.

W kuchni natomiast, gdzie ani pełnia, ani wiatr nie mają dostępu, trwa nieustannie sezon na dynie. Ostojowe plony sprawiają, że zupa dyniowa jest zawsze w karcie, a i inne pomysły na to jedno z trójcy najwspanialszych w mojej opinii warzyw też są realizowane. Ważniejszym jednak jest to, że absolutnie każdą dynię, która trafia do kuchni próbuję, i o ile spełnia moje kryteria, zachowuję z niej nasiona. A selekcja ukierunkowana jest na kilka czynników, ale ten sprawdzany w kuchni, to smak. Moje dynie mają być bogate w karoten i być słodkie. I z takich owoców nasiona posadzę w tym sezonie. Oczywiście, selekcja trwała w ogrodzie (nasiona można pobrać tylko z tych roślin, które wydały owoce), oraz pod względem zdatności do przechowywania (widzę ją teraz doskonale, wybierając egzemplarze do kuchni).

Aby pobrać nasiona, trzeba dynię przekroić. Brzmi to jak truizm, ale o wiele lepiej z punktu widzenia kulinarnego jest piec ją w całości, a dopiero potem wybierać słodki, pachnący miąższ. To jednak nie pozwala nasionom przeżyć, kroję więc dynie na pół i dopiero później użytkuję kulinarnie, no i zbieram nasiona, o ile rokują szansę na dobry plon. Przy tej okazji ujawnia się potęga życia - we wnętrzu niektórych dyń w lutym zaczynają kiełkować nasiona. W ciemnym, wilgotnym, ciasnym wnętrzu pokrytego grubą skórą owocu. Powstaje więc tu dylemat - docenić pęd do wolności, czy raczej zdyskwalifikować jako egzemplarz niezbyt zdatny do przechowywania i nie pobrać nasion? Czy wiecie, jaki jest mój wybór? A jaki byłby Wasz? 

Przygotowania do wiosny i do tego sezonu to także testy z jednej strony zebranych nasion, z drugiej podłoży do wysiewu nasion i uprawy rozsad. Nie uwierzycie, jak wiele winy przypisujemy sobie, podczas gdy wina leży gdzie indziej. Choć na opakowaniu nasion sałaty widnieje informacja, że "są ważne do X.Y", to potrafią już dziś nie kiełkować. Wysiejesz, czekasz i nic. Myślisz, że jesteś złym ogrodnikiem, tymczasem, nasiona po prostu są marne. Podobnie, używasz jakiegoś podłoża i uzyskujesz rachityczne siewki. Myślisz, że to Twoja wina, a tymczasem to marne podłoże. Dlatego, robię siewy testowe przed sezonem, żeby się później nie rozczarować i przede wszystkim nie tracić czasu na coś, co nie ma szans wypalić.


O czym tu jeszcze napisać ... może o leśnym ogrodzie?

Ten przydomowy dopieszczam - wycinam wszystko, co zbędne - stare maliny i wrotycze, pokrzywy i uschłe pędy topinambura. Wszystko rzucam tam, gdzie zostało ścięte równo z ziemią. Przysypuję cienką warstwą zrębek. W przeciągu tygodnia widzę pierwsze przebijające się truskawki, młode, pełne witamin pokrzywy, tu i ówdzie zieleni się smaczna gwiazdnica. Od tej pory od czasu do czasu sekator wykona drobną korektę, ale zasadniczo poza przejechaniem kosiarką po ścieżkach nie będzie tu innych prac poza zbiorami. W drugim, bardziej oddalonym od domu leśnym ogrodzie ściąłem jedynie wiatrochron z miskanta olbrzymiego i rzuciłem go na ziemię jako ściółkę.

Gdy zapada zmrok staram się wyrwać choć na chwilę, aby spojrzeć zachodzącemu słońcu w twarz. Nie służy mi ta aura, ale są dni kiedy niebo jest spektakularne. Pstrykając fotki zbrązowiałych łąk i czarnych horyzontów zastanawiam się - gdzie te zimy, kiedy człek brnął w śniegu po pas, wilcy wyli, a Juranda ze Spychowa trzeba było ratować z sań ogarniętych przez śnieżną zamieć... 

Tak to jest, gdy nie wiadomo o czym pisać - od przewróconych wiader do Juranda ze Spychowa. Kończę więc, dokumentując najjaśniejsze chwile tego niezbyt ciekawego miesiąca. Trzymajcie się ciepło.













środa, 26 stycznia 2022

Zgniła zima

 

No i mamy nowy rok, styczeń i kolejną zimę, kiedy śniegu jak na lekarstwo, a mroźne noce przeplatają się z dniami o dodatnich temperaturach. Nazywam to zgniłą zimą, bo de facto, jest to czas dekompozycji wszystkiego - od opadłych liści począwszy, po chęć wypadów w plener. Na szczęście, lubię każdą pogodę i staram się dostosowywać do tego, co akurat wyż czy niż przyniosą. Najbardziej denerwuje mnie brak pokrywy śnieżnej, gdyż mrozy są wtedy najbardziej szkodliwe dla roślin, szczególnie przy wiatrach, które tu, w Ostoi bywają silne tej zimy. 

Zaletą zgniłej zimy jest to, że bywają dni, kiedy zrębka, kompost czy kostki słomy nie są zmrożone i można nieco popracować i pościółkować. W stercie zrębki kwitnie grzybne życie. W zależności od tego, jak bardzo dana warstwa jest wilgotna i zbita, gdzieniegdzie jest aż biało od grzybni, a w innych miejscach raczej czarno od bakteryjnego rozkładu. Cieszy mnie i jedno, i drugie, ważne że zrębki są bogate w żywe organizmy, które zasilą glebę w ściółkowanym nimi leśnym ogrodzie. Ponieważ nie jest to pierwszy rok takiego ściółkowania, stosuję "dawkę przypominającą", grubości około pięciu centymetrów. Tyle z powodzeniem wystarczy tam, gdzie główne nasadzenia to drzewa i krzewy.

Popatrzcie na grzybową magię, jaka czai się w zrębkach.


 

Zgniła jesień to doskonały czas, aby zrębki rozprowadzić bez ryzyka,
że słońce i susza pozabijają strzępki grzybni.

Zrębkami przysypuję też grządki truskawkowe, gdzie wśród truskawek tradycyjnie posadziłem także czosnek. Wszystkie stare, chore, objedzone przez owady czy ślimaki liście zniknęły pod cienką warstwą zrębek, gdzie w trakcie zimy, zgniłej lub nie, rozłożą się, a na wiosnę ze zrębek wyjdą tylko listki młode, zdrowe i nienapoczęte. Zabieg taki to naturalne odnawianie truskawkowej grządki, i jak na razie, pomimo upływu lat, zbieram truskawki co roku i nie dosadzam nowych krzaczków, ani nie zmieniam miejsca uprawy. Co więcej, co roku każda taka jak na zdjęciu grządka dostarcza od kilkunastu do kilkudziesięciu nowych krzaczków, które emigrują z grządki na rozłogach i ukorzeniają się w ścieżkach. Dlatego też, i ścieżki dostaną cieniutką warstwę zrębek, żeby truskawki czuły się tam jak u siebie w domu. A domem ich będzie wkrótce ogród leśny, gdzie przesadzam wszystkie nadwyżki. Owocują tam słabo, bo rosną w pełnym cieniu, ale ich rolą jest po prostu tam być i okrywać glebę, co robią samą swą obecnością.

Zajrzyjmy do kącika przy bramie, zwanego Trójkątem - jeszcze rok temu był tu absolutnie szczery piach, szczery do bólu, bo nie rosło w nim nic, nad wszystkim dominowała jedynie czeremcha amerykańska. Nieco pościółkowałem, nieco powysiewałem, coś tam posadziłem, i dzisiaj w styczniu, pokazują się spod ściółki poziomki, truskawki i inne atrakcje. Kolejny mały spłachetek ma szansę od wiosny zielenić się na dobre tam, gdzie szarzał piach. Oczywiście, posadzone jest też drzewko owocowe i kilka krzewów, aby wszystko razem mogło zacząć wyścig do słońca od wiosny. Początkowo konieczna będzie obserwacja i reagowanie, jeśli zakątek ten będą chciały skolonizować trawy - nie jest to miejsce bowiem dla nich przeznaczone. Gdy tylko się pojawią, postaram się je usuwać ręcznie, aby się nie rozpanoszyły. Mam nadzieję że dzięki ściółce nie będzie to zbyt absorbującym obowiązkiem.

Gdyby ktoś pytał, jak to jest możliwe, że śliczny wiklinowy płotek złotą polską jesienią jeszcze był, a piękną polską wiosną już zostały z niego tylko szczątki, to dzieje się to właśnie tak - w zgniłą zimę, grzyby kolonizują każde martwe drewno, nawet to ślicznie plecione. Dlatego też, zastąpiłem moje piękne zjedzone przez grzyby płotki, nadgniłymi pniami brzozy, olchy i czym tam jeszcze, co było akurat pod ręką z łaski bobrów. Oczywiście, grzyby już urządziły sobie na pniach stołówkę, ale mam nadzieję, że upłynie wiele lat zanim pnie zostaną rozłożone do stanu takiego, że przestaną stanowić wizualną barierę wokół wyspy starych drzew na środku podwórka. 

O ile w projektowaniu permakulturowym najbliższy jest mi Geoff Lawton, o tyle w uprawie warzyw z przeznaczeniem do kuchni w dużej mierze moim wzorem jest Charles Dowding. To pod jego wpływem zacząłem najbliższe domu, a więc najintensywniej uprawiane grządeczki ściółkować kompostem. Nadal jednak część z nich uprawiam w systemie Ogrodu Stopy Kwadratowej autorstwa Mela Bartholomew, jak więc widać, sukces ogrodniczy ma wielu ojców, a czasami i matek, bo mam też fragment ogrodu powstały z inspiracji Ruth Stout, grubo ściółkowany sianem lub słomą. Teraz jednak, w zgniłą zimę, widać to, o czym mówi często Charles, a mianowicie nieliczne chwasty pojawiające się na grubo przed sezonem. I radzi on - jeżeli teraz taki maluch rzuci Ci się w oczy, usuń go, a oszczędzisz sobie masy pracy w sezonie. Nigdzie siewek chwastów nie widać tak doskonale, jak w ściółce z kompostu.

Czasami aż żal patrzeć na grządki w styczniu, a to wtedy, gdy zima przestaje być zgniła i na moment staje się mroźna. Na razie osiągnęliśmy minus siedemnaście, na szczęście krótkotrwale. Śniegu nie napadało, a kompostowa ściółka na grządkach ścina się przy takich temperaturach na kamień. Gdzieniegdzie tkwią w niej biedne rośliny, takie jak na przykład jarmuż szparagowy, który powinien przezimować i plonować od wczesnej wiosny. Czy tak będzie, przekonamy się, gdy się ociepli. Na razie, wygląda smętnie, ale bez wątpienia jeszcze dycha. Dychają też rośliny wysiane późną jesienią, które zdążyły jeszcze w starym roku wykiełkować, a są to głównie cebule i szpinaki. 

Mając na uwadze to, że polski ład i inflacja wyjadają nam wszystko z kont i z garnków, postanowiłem się ubezpieczyć na wypadek pustych półek w Lidlach i Biedronkach (gdzie nie bywam tak czy inaczej) i zabezpieczyć los przyszłych plonów. Mając w pamięci kurs Charlesa Dowdinga, przykryłem niektóre grządki agrowłókniną, którą miałem z czasów zamierzchłych, kiedy to pod wpływem ogólnie obowiązującej wiedzy ogrodniczej zabezpieczałem nią krzewy na zimę (ostatni raz w 2013 chyba roku). Agrowłóknina w obecnym wydaniu ma działać jak "sztuczny śnieg" i nie tyle zabezpieczać mini roślinki przed mrozem, ale przed silnym, osuszającym wiatrem, albowiem z zamarzniętej ziemi i Salomon nie naleje.

Jak zawsze w Ostoi, nie ma tak, aby wszędzie było jednakowo. Kilka grządek ma kołderkę słomianą, w tym moja eksperymentalna grządka czosnków, na której posadziłem obok siebie ząbki dwóch odmian komercyjnych oraz pochodzące z mojego zbioru i kultywowane w Ostoi od kilku lat. Chcę sprawdzić, czy zachowywanie własnych ząbków jest uzasadnione pod względem wielkości plonu, bo oczywiście bez wątpienia jest uzasadnione ekonomicznie. Dotychczasowe testy prowadzone przez obdarowanych potwierdziły, że czosnek z Ostoi smakuje lepiej, a ściślej mocniej, niż kupny. A jak będzie bezpośredniej konkurencji z "korpoczosnkiem"? Przekonamy się latem.

Gdy mróz odpuszcza, wszędzie widać jakąś zieleń. Nie inaczej w donicach podsiąkowych, nietkniętych od listopada. Tu i ówdzie widać a to jakąś nać, a to jakąś sałatę. W tym roku, po wielu latach użytkowania planuję całkowite odświeżenie donic, do których jedynie dosypywałem co roku nieco kompostu. Zamierzam wymienić około połowę podłoża w każdej z nich i być może zabrać część z nich do miasta, bo powoli tracą one rację bytu w Ostoi - tak wiele tu rośnie w gruncie. Nie jest to jeszcze przesądzone, ale o ile tak się stanie, to w donicach spróbuję wyhodować naprawdę duże krzaki ostrych papryk. Przeskok od 2-3 litrowych worków do 90 litrowej kastry budowlanej może być spektakularny. 

A skoro wspomniałem miasto, to dzieje się tu w zgniłą zimę całkiem sporo, bo bywam tu znacznie częściej niż w Ostoi. Styczeń jest dla mnie czasem testów i nauki. Próbuję różne nowości, uczę się nowych tematów, testuję siłę kiełkowania nasion przed sezonem .... Teraz na przykład sprawdziłem jak się mają zebrane przeze mnie nasiona akmelii i kłosowca fenkułowego. Wysiałem je masowo w maleńkim pojemniczku i gdy wykiełkowały, przy wielkości około jednego centymetra, przepikowałem je do wielodoniczki. Ze szczypty nasion wsypanych do pojemnika po serku uzyskałem 60 pięknych siewek, a to tylko połowa tego, co wykiełkowało. Obfitość, jaką jesteśmy otoczeni w ogrodzie i możliwości, jakie to przed nami otwiera, są naprawdę nieskończone - wystarczy jedynie z jednej strony mieć oczy otwarte, a z drugiej chcieć skorzystać z tego, co mamy pod ręką.

A skoro wspomniałem siewy, to wróćmy jeszcze do Ostoi na moment. Jak co roku, robię nieco siewów zimowych, czyli z jednej strony sieję nasiona roślin wymagających stratyfikacji do pojemników, które pozostawiam na mrozie, jak i sieję nieco nasion wprost do gruntu lub po prostu w trawę. Ostatnio korzystając ze zgniłej zimy, i faktu, że pszczoły śpią, przejechałem kosiarką elektryczną pas przed ulami, przycinając panoszące się trawy i jeżyny. Ścinki z nich zmieszały się ze śniegiem, tworząc cieniutką ściółkę. Wysiałem tu trochę nasion koniczyn, z niewielkim dodatkiem facelii w nadziei, że coś z tego dla pszczół wyrośnie, gdy się ociepli.

No i skoro o siewach, to skoczmy znowu do miasta, gdzie właśnie wykiełkowały pierwsze pomidory. Ale spokojnie, nie są to pomidory "normalne", lecz miniaturowe, doniczkowe, a ściślej kolejne już pokolenie z mojej uprawy zimowej. Przy okazji, w małym pudełeczku testuję dwa różne podłoża do wysiewu, sporządzone z dwóch różnych kompostów. W kompoście A (po lewej) wykiełkowały wszystkie cztery nasiona, w kompoście B (po prawej) jedynie dwa, czyli połowa. Nie jest to jeszcze dowód na nic (może być to kwestia nasion a nie kompostu), ale jest to jakaś wskazówka, którego z dwóch kompostów użyć na skalę masową, gdy nadejdzie właściwy czas.  Zobaczę też, jak w tych kompostach sadzonki będą rosnąć, a gdy podrosną, trafią do dobrych ludzi, u których będą miały dobrze na parapetach.

I taka to zgniła zima, wydawałoby się, że nudna i paskudna - nic bardziej mylnego. Jest sporo pracy, satysfakcji, a nawet takich wyjątkowych dni, kiedy zgnilizna znika, wychodzi słońce i świat staje się od razu bardziej świeży. Nie wierzycie? Zapraszam na krótki spacer po najbliższej okolicy Ostoi. Miłego dnia!














środa, 22 grudnia 2021

Lekcje roku 2021


"O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju ..." - tak ustami Wieszcza mogę z czystym sumieniem zacząć tą relację, z trudnego, ale i satysfakcjonującego kończącego się roku. Postanowiłem tym razem zrobić to w nowej formule - poświęcę akapit każdemu z minionych miesięcy i odniosę się do tego, co wtedy pisałem, lub do tego, co z tego wynikło. Postaram się też dodać do każdego miesiąca zdjęcie, którego jeszcze nie było na blogu. Może być? Tak? No to zaczynamy!


Styczeń - We wpisie styczniowym pisałem o wizytach leśnej zwierzyny i o tym, że obecność jej rejestrują fotopułapki. Niestety, coraz mocniej obecność tą odczuwały drzewka owocowe. Cóż było robić, zainstalowałem krótki odcinek elektropastucha z zasilaniem akumulatorowym, przegradzając najbardziej oczywistą drogę zwierzyny do leśnego ogrodu. Rozwiązanie to sprawdziło się doskonale, jedynie dwukrotnie łoś przewrócił przenośny słupek pastucha. Bambi natomiast nauczył się paść o rozsądnej odległości od drzewek i jak na razie (odpukać) szkody w leśnym ogrodzie się skończyły. Pisałem również o eksperymentalnym siewie nasion po to, aby zobaczyć, które same wykiełkują wiosną i taki eksperyment wszystkim polecam - co miało wykiełkować wykiełkowało, zostało odnotowane i poprzesadzane, a co nie raczyło się pokazać, idzie w zapomnienie i nie będę już do tego wracał. 

Luty - << przerwa reklamowa >> W lutym pisałem o tym, że kręcę w Ostoi zdjęcia do wykładu o permakulturze naszego klimatu. Kilka dni temu udało się domknąć temat i opublikować nie tylko ten wykład, ale cały kurs, nad którym wspólnie z Olgą i Tomkiem - członkami zespołu, pracowaliśmy ponad dwa i pół roku. Jest to pierwszy w naszym kraju Kurs Certyfikowany Projektowania Permakulturowego, tak zwany Permaculture Design Certificate Course (PDC), obejmujący pełne curriculum wiedzy, jakie taki kurs musi obejmować, aby jego dyplom był uznawany wszędzie na świecie. Kurs PDC to taka nieoficjalna "matura" z permakultury, pierwszy poważny oficjalny krok na ścieżce permakulturowej edukacji. Dawniej kursy takie realizowano w ramach dwutygodniowych szkoleń stacjonarnych, dziś coraz częściej mają formę kursu online, i taki też jest nasz kurs. Gorąco zachęcam do skorzystania z darmowych lekcji oraz do zapoznania się z naszą ofertą, która obejmuje zarówno możliwość zdobycia wyłącznie wiedzy, jak i uzyskania certyfikatu ukończenia kursu PDC. Wszystkich, którym rozpowszechnianie permakultury leży na sercu, zachęcam do udostępniania informacji o naszym kursie, na stronach i w grupach, nie tylko permakulturowych. Więcej informacji o naszych kursach znajdziesz tutaj: https://permisiepl.teachable.com/   <<  koniec reklam >>


Marzec - Pisałem o budzącej się zieleni, o lękach związanych z zimowaniem pszczół, o eksperymentalnym siewie bobu i groszku w wysokich doniczkach używanych zwykle do siewu nasion drzew. Wspomniałem o tym, że ogród cały czas daje jakieś plony, myląc portulakę z roszponką, co skorygowaliście (do dziś mi ta portulaka została i nadal tak roszponkę czasami nazywam). Pszczoły przezimowały doskonale, a wysokie, wąskie doniczki sprawdziły się rewelacyjnie dla groszku, ale okazały się być nieco za wąskie dla bobu, niektóre nasiona miały problem z wydobyciem się ponad podłoże, no ale gdy się już wydobyły (z moją pomocą lub bez) to rosły pięknie. To, co fajne, okazało się później - bób z tych donic krzewił się lepiej niż siany do gruntu, a dzięki temu dał nieco lepszy plon, no i żadne dudki nie pożywiły się nim, co ma dosyć fundamentalne znaczenie.

Kwiecień - Dwa tematy zdominowały wpisy kwietniowe - kiełkujące warzywa z siewów zimowych, oraz czosnek. W trakcie roku okazało się, że radość z obserwowanych z okna w kuchni wschodów nie była nieuzasadniona. Uwierzcie, że niektóre warzywa (aczkolwiek już nieliczne) z tych siewów zbieram do dziś - co prawda tylko dwa: seler i pietruszkę naciową, ale w ciągu roku plony były tu imponujące. W związku z tym posiałem już i w tym roku kolejne warzywa na rok przyszły, na większym odrobinkę areale. Co do czosnku, ustanowił on nowy rekord Ostoi, a jego warkocze mogliście oglądać w sierpniowym wpisie. Podobnie jak w poprzednim przypadku, sto ząbków czosnku powędrowało już do ziemi i teraz pozostaje jedynie czekać na ich przyszłoroczny wzrost. 

Maj - Wydarzeniem tego miesiąca była bez wątpienia pierwsza rójka moich pszczół, zdejmowanie ich z wysokiej sosny i ponowne obsadzanie w ulu, ale to było dopiero preludium wszelkich atrakcji, jakich pszczoły dostarczyły w tym roku. Gwałtowny wiosenny rozwój rodzin doprowadził do tego, że z czterech uli w szczycie sezonu zrobiło się osiem, by na koniec sezonu przygotować do zimowli sześć silnych rodzin. Nie liczyłem na taki zbiór miodu z jakim przyszło mi się mierzyć, a smak, szczególnie tego wiosennego, wynagrodził wszystkie trudy. Pszczoły w tym roku nauczyły mnie umiaru oraz  mierzenia zamiarów na siły. Po raz nie wiem który sprawdziła się permakulturowa zasada, że lepiej robić coś małego perfekcyjnie niż cos większego byle jak. W związku z tym obiecałem sobie solennie trzymać rozmiar pasieki w ryzach i nie zwiększać liczby uli, a raczej dbać o to, aby w tych, które mam pszczołom było jak najlepiej.

Czerwiec - Wydarzeń i lekcji było co niemiara, wspomnę w telegraficznym skrócie o dwóch. Zacznę od spektakularnej porażki, by przejść do spektakularnego sukcesu. Moja pływająca tratwa w stawie, gdzie testowałem uprawę wilca wodnego zawiodła mnie może nie całkowicie, ale znacząco. Okazało się, że wilec lepiej rośnie w pojemnikach na podwórku, niż w swoim "naturalnym środowisku", za jakie uznałem staw. Podejrzewam, że było mu tam po prostu za zimno. Natomiast, uprawa ziemniaków na tak zwanym Zapłotku dała plon kolosalny, dzięki czemu w piwnicy zimuje zapas ziemniaków, który wystarczy do przyszłych zbiorów. W "czasach zarazy" miło jest mieć taki zapas, nie tylko ziemniaków zresztą, bo rok ten przyniósł niezwykle bogate zbiory cukinii, dyń, jakona, marchwi czy pietruszki, a do tego jeszcze w pogotowiu czeka strategiczna rezerwa niewykopanego topinambura w gruncie. 

Lipiec - W tym miesiącu wyrażałem obawy związane z zarazą ziemniaczaną i skupiałem się na chronieniu przed nią moich pomidorów. Na swoje nieszczęście okazałem się dobrym prorokiem - zaraza zaatakowała z siłą, z jaką do tej pory jeszcze nie miałem okazji się mierzyć. Zdołałem ją odeprzeć dwukrotnie, stosując wyłącznie naturalne środki, zebrać nieco pięknych i smacznych pomidorów, ale "trzecia fala" była na tyle silna, że zdecydowałem się zebrać resztę w stanie nawet niedojrzałym i zakończyć pomidorowy sezon przedwcześnie, co wiązało się również z planowaną nieobecnością w Ostoi, po której, nieuchronnie, jedyne co bym zastał to brązowe zwłoki moich pomidorów. Sezon ten sprawił, że zacząłem zastanawiać się poważnie nad dodatkowymi metodami jakich mogę użyć, aby zaraza nie była tak uciążliwa, i jeżeli wszystko dobrze pójdzie, sprawdzę swoje nowe pomysły w nadchodzącym sezonie, o czym oczywiście nie omieszkam napisać. W tajemnicy powiem, że trzy rzeczy będą kluczowe - jeszcze większe oddzielenie pomidorów od ziemniaków, zastosowanie odporniejszych na zarazę odmian oraz nowa i częstsza naturalna profilaktyka.

Sierpień - Nazwałem go czasem słoików i rzeczywiście, jeszcze nigdy w historii Ostoi nie powstało tyle przetworów z własnoręcznie uzyskanych plonów. Momentami ilość "towaru" do przerobienia była przytłaczająca, pomimo stałego dzielenia się nadmiarem. Lekcją jaką odebrałem było aby nie popadać w rutynę i  w kwestii słoików trzymać się procedur oraz nie chodzić na skróty. Zmarnowałem jedną partię cukinii licząc na to, że "a może się uda bez pasteryzacji". Nie udało się, "towar" poszedł na kompost. Nie był to chyba nawet jeden procent tego, co udało się zjeść lub zakonserwować, ale mimo wszystko, szkoda pracy i czasu. I znowu, lepiej czegoś robić mniej, a lepiej, niż więcej i byle jak.

Wrzesień - Pisałem o swoich nadziejach związanych z jakonem oraz z dzikim ryżem. Ten pierwszy przeszedł najśmielsze oczekiwania, o czym pisałem przy okazji zbiorów w listopadzie. Nauczyłem się jakona i przy okazji tego, że wkładając wystarczającą ilość pracy i uporu można uzyskać znaczący postęp tam, gdzie na pierwszy rzut oka niewiele da się poprawić. Dziki ryż jest teraz takim właśnie gagatkiem, który w kolejnych latach poprawy wymaga, gdyż wprawdzie zakwitł, ale ledwo zdążył wydać nasiona do pierwszych przymrozków i nie jestem pewien wartości tych nasion, czyli tego, czy dochowam się nowego pokolenia dzikiego ryżu rodem już z Ostoi. No ale nie poddajemy się bez walki, nasiona zostały rzucone, wyniki w przyszłym roju jesienią.

Październik - Wczesny październikowy przymrozek zmroził moje ogrodnicze zapędy, ale równocześnie pozwolił mi zająć się bardziej leśnym ogrodem. Podążając własną drogą, mieszając agroleśnictwo, syntropię i permakulturę, oraz dodając do tego własną inwencję, czasami zapędzam się zbyt daleko i brnę w problemy. Tak stało się i tym razem - zbyt mały obszar przeznaczyłem na uprawę biomasy, przez co zamiast wyściółkować wszystko tym, co rośnie w leśnym ogrodzie, części nie wyściółkowałem wcale. Bo znowu, lepiej zrobić fragment dobrze, niż całość byle jak. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze - tam, gdzie miałem sadzić tej jesieni dodatkowe krzewy owocowe, będzie rosła biomasa na ściółkowanie w przyszłym roku i jest nadzieja, że wtedy jej wystarczy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że część winy ponosi Bambi, który wylegując się w trawach tak je pougniatał, że koszenie okazało się miejscami trudne, a uzysk biomasy mniejszy niż zamierzony ... 

Listopad - W tym miesiącu odebrałem lekcję od kalafiorów, brokułów i jarmużu. Okazało się, że teraz plonują w Ostoi dużo lepiej, niż z siewu wiosennego i że na dobrą sprawę tak właśnie powinienem je uprawiać - z siewu w lipcu i początku sierpnia. Dziś, tuż przed Wigilią, pomimo kilku mroźnych dni, kalafiory nadal trzymają się na grządkach i nie, nie są mrożone. Co więcej, zdumiewa mnie smak ich liści, bardzo soczysty i słodkawy. Dalej też plonują jarmuże, które na pewno przezimują, szczęśliwe, że nie ma już żadnych bielinków i ich potomstwa, które mogłoby na ich liściach żerować.

Grudzień - Lekcja tego miesiąca dotyczy dwóch roślin, dla których sezon wegetacyjny w Ostoi okazał się w tym roku zbyt krótki, aby zrealizować postawione sobie cele. Chiński kasztan wodny rósł cały rok wspaniale, ale nie zdążył zawiązać podziemnych bulw o liczących się rozmiarach. Nic w sumie dziwnego, podobno potrzebuje do tego dwustu dni, podczas gdy w Ostoi od przymrozka wiosennego do jesiennego było tych dni 121. Na szczęście, podwodne kłącza i pędy przetrwały dotychczasowe nocne mrozy, wykopałem więc ich nieco i przeniosłem do domowego "paludarium". Zobaczymy, czy rośliny odżyją i czy jeszcze z nich coś będzie. Druga roślina, dla której sezon był za krótki to purpurowy ryż, który nawet nie zdążył zakwitnąć i naprawdę, nie wiem co o tym myśleć, bo wedle mojej wiedzy nie powinno to trwać tak długo, chyba że ... nie chodzi tu o długość sezonu ale o zbyt niskie temperatury na ostojowym podwórku. Nic to, doniczki z ryżem trafiły do domu na parapet, przekonam się więc wkrótce, czy da to pozytywny efekt, czy nie.

I to by było na tyle, kończy się rok trudny, ale tak obfity w wydarzenia, wrażenia, lekcje i nauki, że nie sposób to wszystko opisać nie tylko w tym, ale i we wszystkich wpisach jakie ukazały się tutaj w tym roku. Mam nadzieję, że nie zanudziłem i że choć troszkę udało mi się zaszczepić permakulturowego i ogrodniczego bakcyla w Was, czytelniczkach i czytelnikach tego bloga. Dziękuję za Waszą uwagę, obecność i komentarze. Życzę Wam wszystkiego najlepszego w nadchodzącym Nowym Roku!