poniedziałek, 20 marca 2017

Zapowiedzi

Pierwszy dzień astronomicznej wiosny w Ostoi wita zmianę pór roku jedynie tulipanami. Wychylają się one z grubych warstw ściółki, tworząc zapowiedź tego, co za kilka tygodni zacznie się dziać. To chyba najtrudniejszy czas dla mnie w ciągu całego roku - zewsząd wszyscy donoszą o kiełkujących, kwitnących, wyłaniających się ogrodowych cudach, a tu w lasach szaro, buro i ponuro. Zakradać się zaczyna zwątpienie, że jesienne wysiłki poszły na marne, że kłącza i cebulki nie przetrwały zimy, ale rozsądek podpowiada, że po prostu ... jeszcze nie czas.

Z tego wszystkiego oddałem się niezwykle kojącemu zajęciu, jakim jest ciężka praca. Postanowiłem przeciąć Zajęczą Górkę rowem konturowym, tak zwanym swale, którego zadaniem jest stworzyć warunki do wzrostu drzew, poprzez wyłapanie, spowolnienie, rozprowadzenie i umożliwienie wsiąkania wody deszczowej. Początki wydają się być obiecujące, przy lekkiej mżawce widać, że dno rowu ładnie chłonie wilgoć, a na wale poniżej rowu wysiane nasiona zaczęły pięknie pęcznieć pod ściółką. Wielkość i kształt rowu surowej weryfikacji podda pierwszy ulewny deszcz, na który czekam z utęsknieniem. Całość wymaga jeszcze wielu dni pracy, bo niby ta moja górka mała, ale inaczej się mierzy wzrokiem, a inaczej łopatą.

Tymczasem w mieście, pod eksperymentalnym oświetleniem ledowym, które poza światłem białym daje również sporo czerwieni i purpury, mamy kolejną zapowiedź tego, że sezon 2017 zapowiada się ciekawie. Jak uważni czytelnicy pamiętają, zbierałem nasiona własnych pomidorów w poprzednim sezonie, a kilka tygodni temu eksperymentalnie wysiałem trzy z nich aby zobaczyć, czy kiełkują. No i wszystkie trzy wykiełkowały, a jakże. I nie dość, że pięknie wykiełkowały, to już zaczęły zawiązywać pierwsze pąki kwiatowe! Rośliny te miały tylko potwierdzić, że nasiona kiełkują, ale skoro już za moment zakwitną, postaram się je jakoś utrzymać przy życiu do drugiej połowy maja, kiedy to będzie je można wyekspediować na zewnątrz. Będzie to o tyle trudne, że wszędzie jak okiem sięgnąć, zaczynają się piętrzyć kuwety i doniczki z rozsadami, maluczko, a zabraknie parapetów i podłóg na to całe towarzystwo. Czego i Państwu, drodzy czytelnicy, życzę.

poniedziałek, 6 marca 2017

Ptaszory

W nadziei rozpoczęcia siewów nawiedziłem Ostoję w sobotni poranek. Szybko zorientowałem się jednak, że stan ogrodniczej gorączki jest zdecydowanie przedwczesny. Gleba pięć centymetrów pod powierzchnią skuta jest wciąż lodem, nawet w czarnych donicach, które w teorii powinny rozmarznąć najszybciej. Jedynym rozmarzniętym wystarczająco miejscem okazał się hugel, z którego usunąłem siatkę zabezpieczającą go przed zwierzyną, a która w zeszłym sezonie okazała się śmiertelną pułapką dla zaskrońców i zmusiła mnie do uwalniania ich oraz odtransportowywania nad rzekę wiadrami.

Z braku ogrodniczych uciech postanowiłem powłóczyć się po łąkach, do czego już z daleka zachęcały głosy żurawi. Włóczenie o tyle utrudnionym było, że w łąkach nadal stoi woda. Karkołomne skoki przez głębokie rowy i skradanie się w trzcinach nie pozwoliły zbliżyć się do żurawi wystarczająco, aby wykonać dobre zdjęcie, No ale tradycji stało się zadość, żurawie anno domini 2017 zostały uwiecznione i więcej już z premedytacją nie będę ich niepokoił. Na pewno natknę się na nie przypadkiem podczas następnych spacerów, bo w najbliższej okolicy słychać trzy pary tych majestatycznych ptaków.

Nad podwórkiem Ostoi musi przebiegać jakaś ptakostrada, bo w przeciągu kilku godzin przeleciały nad nim parami łabędzie, żurawie, kruki, nie licząc drobniejszego tałatajstwa. Samotnie kołował myszołów, a stado sójek wpadało i wypadało drąc się jak opętane. Pod karmnikiem dostojnie przechadzał się samiec bażanta, za nic mając moje kręcenie się po podwórku. Ślady ptasiej tragedii dostrzegłem w szopie, gdzie jakimś cudem kuna musiała się dostać i dokonać konsumpcji sójki - pióra, pióra wszędzie. Kuna pogryzła też przewód idący od panelu słonecznego na dachu do reflektorów solarnych, widać zdenerwować ją musiało światło włączające się przy każdym ruchu w nocy.

Do dziesięciu domków dla ptaków dorzuciłem kolejnych pięć, co wywołało spore poruszenie wśród sikorek - siadają na gałęziach w pobliżu domków i wyśpiewują swoje trele, widać, że im się nowe mieszkania podobają. Zawiesiłem też ostatnią kulkę, pora kończyć sezon dokarmiania ptaszorów. Niech powoli zaczną się przestawiać się na zdrową żywność z ogrodu, łąk i lasu.
W niedzielę przed świtem żuraw wydarł się tak blisko i głośno, że zastąpił budzik. Wkrótce do niego dołączyła liczna ptasia czereda, która obsiadłszy lipę nawoływała się donośnie. Przez cały dzień pracom nadwornym towarzyszyły ptasie głosy, miła to odmiana po niedawnej zimowej ogłuszającej ciszy.



sobota, 25 lutego 2017

Wylew

 No i wylała nasza rzeczka ulubiona, a wody jej przykryły łąki, na których niezwiezione siano moknie i gnije. Oj, nie ucieszy się właściciel stadniny, który uszykował to sianko dla koni, ale ja bardzo bym się ucieszył z tego zgniłego sianka, wszak to idealny materiał do ściółkowania. Trzeba będzie zadzwonić i zapytać, jak drogą kupna wejść w posiadanie tego dobra. Ale to później, bo teraz i tak nie ma sposobu, aby siano zwieźć, no chyba że amfibią. Pozostaje kontynuować spacer wzdłuż zalanych łąk i podziwiać okoliczności przyrody.
 Choć tama bobrowa zniknęła pod metrem wody, to ślady długozębych sąsiadów widać w okolicy. Poległo kilka brzóz i osik, oraz jedna topola, a na pierwszym planie straszą pnie po ubiegłorocznych cięciach. Bobry bowiem nie czytają dzienników ustaw, i nie dbają o to, czy minister Szyszko zezwala, czy zabrania, robią swoje. Tną, kiedy im przyjdzie na to ochota. No ale bobrów mało, a ludzi wielu, co widać, gdy się przejeżdża przez sąsiednie wsie - jak nie warkot pił, to powalone drzewa ... pachnie mi tu Isengardem, niestety.

 Choć jest słonecznie, to wieje a potęgę. Chmury przewalają się po niebie, a para (chyba) myszołowów, krąży nade mną jakbym był myszą na sterydach. Jakieś nieznane mi bliżej ptaki gromadzą się na lodzie, nie mam lornetki aby się im bliżej przyjrzeć. Pierwsze wrzaski żurawi zza rzeczki cieszą jak trójka w Lotto (no nie przesadzajmy z tą radością, drą się wszak co roku, i od teraz do jesieni będą budzić o dziwnych porach). Brzózki na skraju zagajnika na pierwszy rzut oka zwariowały, koronami swymi wskazują północny wschód. Nic w tym jednak dziwnego, bo tutaj nie słońce, a przeważający kierunek wiatru odcisnął swoje piętno. Jak się raz człek nauczy zauważać wzorce natury, to nie ma zmiłuj, przestać nie może.

Sąsiedzka łąka za mostkiem zażywa kąpieli, cieszą się zapewne kłącza kaczeńców i żywokostów, które wkrótce zaczną odbijać po zimie. Zwierzyna wyniosła się z trzcinowisk i nie ma jej się co dziwić - ani się położyć, ani co zjeść. Ludzi też brak - kto by się tam włóczył po zalanych łąkach. Ale sytuacja ta ma ogromną zaletę - ponieważ woda trzyma poziom, pięknie sobie można obejrzeć "mapę konturową" terenu, nie widać tego tak dobrze, gdy nad ziemią płynie powietrze.
Drzewa umierają stojąc to nie tylko tytuł dramatu i filmu, ale i rzeczywistość. Zastanawia mnie śmierć łąkowych samotników, umierających dosyć masowo. Nie wchodzi w grę ludzka ingerencja. Uschły w lata suche? Utopiły się w lata mokre? Dożyły swych dni i poszły do drzewnego nieba? Bobry ich nie tknęły. Piorun może? Bo przecież nie dzięcioły, które wykorzystują je obecnie w celach perkusyjnych, dając godne podziwu koncerty. Coraz mniej w łąkach tych drzew, coraz gorszy czas dla drzew w naszym kraju. A one przecież tu zakorzenione, nie wyjadą na zmywak do Anglii ...

I tak zbliżamy się do końca tego spaceru, a zarazem i tej opowieści. Tu rzeka spotyka się z lądem, trudno o bardziej płynną granicę. Z wodą sączy się życie w zmrożony zimą ląd, rzeka szykuje glebę do wiosny. Jak mówił Bill Mollison, każdy jest ogrodnikiem, jest nim również i nasza rzeczka, która wylewając śni o potędze i przypomina sobie pewnie czasy, gdy wody jej przewalały się kilkukilometrowej szerokości pradoliną. Dziś już nie taka silna, ale robi, co może. Niech co roku wylewa, niosąc wodę przez łąki. Takie wylewy to bez wątpienia samo zdrowie, dla całej przyrody.

sobota, 28 stycznia 2017

Ślady

 Przy wjeździe na podwórko Ostoi ciągle nierozebrana choinka przypomina o tym, że dawno mnie tu nie było. Choć trudno w to uwierzyć, sosenka którą zdobią bombki ma około 25 lat. Rośnie niezwykle powoli w suchym piasku tuz koło bramy, dodatkowo co roku jej świeże przyrosty są przycinane o połowę. Zasadniczo powinna być wycięta, ale znam ją od maleństwa, które miało zostać drzewkiem bonsai. Zamiast jednak skazywać ją na tkwienie w doniczce, pozwalam jej witać wjeżdżających do Ostoi. Bombki zresztą całkiem nie znikną - pojawią się wśród pomidorów, zanim te zaowocują. Ptaki, które zainteresują się bombkami i stwierdzą ich niejadalność, najprawdopodobniej zostawią w spokoju pomidory. Czerwone kamyki sprawdziły się wśród truskawek, jest szansa że bombki spiszą się podobnie wśród pomidorów. A na razie, niech jeszcze powiszą na sosence.

Spacer po Ostoi ujawnia ślady wichury. Usychająca brzoza została wyrwana z korzeniami i powalona na drogę. Zdumiewa mnie jak słaby i płytki był jej system korzeniowy. Dostrzegam też ślady butów, ktoś już sobie czubek brzozy zabrał, co dziwi mnie nieco. Hmmm, może potrzebował cienkich gałązek na rozpałkę? Tak czy inaczej, odcinam pień od karpy, tnę na trzydziestocentymetrowe fragmenty, transportuję na podwórko, rąbię, układam. Mało jest prac równie satysfakcjonujących i przyjemnych jak praca drwalska w mroźny, słoneczny dzień. Drewno poddaje się lekko mocy piły i siekiery, pchanie taczki przez płytki nawet śnieg nie należy jednak do przyjemności.

Jakiś szalony zając wdarł się na podwórko i pozostawił w śniegu łańcuszki tropów. Nie dobrał się na szczęście do drzewek, ale na wszelki wypadek uszczelniam przestrzeń pod płotem, gdzie ślady prowadzą. W mieście uzbierał się cały wór skorupek od jajek, rozsypuję je na grządkach, trafią do gleby gdy śnieg się stopi. Może, kto wie, odstraszą też kłapouchego? Osłony pozakładane na drzewka za płotem trzymają się dobrze i pomimo wielu tropów saren, zajęcy i dzików, a nawet łosia, nie ma (odpukać) śladów zniszczenia.

Niespodziankę znajduję w łąkach. Bobry spiętrzyły wodę tak, że zaczęła przelewać się łąkami w stronę maleńkiego starorzecza. Starorzecze to nie miało nigdy ujścia, a teraz ze zdumieniem stwierdzam, że szeroki kanał łączy je z niżej położonym podmokłym terenem. Zapewne jest to dzieło ludzkie, może zrobione po to, aby móc bez przeszkód przejechać traktorem na łąki w okresie ich koszenia. Teraz jednak rów zamarzł, a powyżej niego woda z bobrowej tamy piętrzy się w starorzeczu nad lodem i zalewa łąkę mocniej niż zwykle. Bobry kontra człowiek 1:0

Miłość miejscowych, porażka przyrodników, czyli wybetonowany starodawny Trakt Budnicki - dawniej szeroka piaszczysta droga, teraz nieożywiona, gładka i prosta jak pas startowy, przecina las na granicy Ostoi. Ku mojemu zdumieniu przyozdobił ją nowy znak drogowy. Ślady w śniegu sugerują, że stał się miejscową atrakcją, wygląda na to, że ludzie robią sobie przy nim zdjęcia - no cóż, nie często spotyka się ograniczenia prędkości w środku lasu. Tuż obok znaku, ślady działania ekipy przycinającej drzewa pod linią elektryczną, wszystko ucięte i porzucone, trzeba będzie się tym zająć i spożytkować na ognisko.

A na własnej Ostojowej tamie bobrowej woda toczy się wartko z mikro wodospadu, raz lód topiąc, a raz zamarzając. Tworzy tęczę kolorów i mini rzeźby lodowe. Szczególnie ładny to widok w ostatnich promieniach słońca, choć obserwacja wymaga nieco samozaparcia, bo mróz zaczyna coraz mocniej szczypać. Nic dziwnego, wokół nie widać jeszcze żadnych śladów wiosny. której wyczekuję z utęsknieniem. Cóż, pocieszać może tylko to, że i zima w Ostoi ma swoje uroki, szczególnie w taki piękny, słoneczny dzień jak dziś.

niedziela, 25 grudnia 2016

Lekcje roku 2016

Uczestnicząc w życiu różnych internetowych społeczności, często pod koniec roku otrzymywałem maile od ich liderów, lub natykałem się na wpisy na blogach i forach, poświęcone temu, czego w danym roku się nauczyli, co ich zaskoczyło, co się powiodło, a co nie bardzo. Koniec roku podobno skłania ludzi do takich refleksji. Podobno, bo do tej pory nigdy nie przyszło mi do głowy, aby takie rozważania prowadzić. Aż do tej chwili. Myślałem, jak zakończyć ten rok na blogu i cóż, nie wymyśliłem nic lepszego, jak napisanie Wam, Drodzy Czytelnicy o tym, czego się w tym roku nauczyłem. Wybaczcie nieuczesanie tych lekcji, ale dokładnie w taki sposób były mi one udzielane, są więc nieco od Sasa, do, nomen omen, lasa.

Rok zaczął się od niespodziewanego dopływu pięknych permakulturowych i ogrodniczych lektur, otrzymanych dzięki uprzejmości i współpracy z permies.com. Lektury pochłaniałem jednym tchem. Każda z nich nauczyła mnie czegoś, każda zainspirowała też do zadania pytań autorom. Odkładałem to jednak, chłonąc kolejne lektury. Rok 2016 zabrał dwóch autorów książek ze zdjęcia, nigdy więc już nie nadarzy się sposobność, aby ich o cokolwiek zapytać. Rok ten zabrał nie tylko Toby Hemenwaya i Mela Bartholomew, odszedł także Mike Oehler, mistrz budowy super tanich schronień i domów oraz wielki Bill Mollison, twórca permakultury. Śpieszmy się więc pytać mistrzów, tak szybko odchodzą. Mój powracający sen o Billu odwiedzającym Ostoję i bezlitośnie krytykującym moje poczynania nigdy się już nie spełni, ale będę dalej działał tak, jakby miał on się ziścić jutro.

Kolejny raz swoją klasę potwierdziły moje donice podsiąkowe, które okazały się prawie najmniej pracochłonne. Prawie, bo przegrały z czymś nowym, o czym dalej. Dostałem jednak po nosie uzupełniając żyzność donic kompostem spoza Ostoi (gdzie kompostu nigdy jak na razie nie ma wystarczająco dużo), albowiem okazał się pełen nasion wszystkiego - blisko 30 gatunków nieposianych przeze mnie wyrosło w donicach, obok tego, co posiałem. Celowo nie piszę "chwastów" bo wiele z tych roślin przydało się - gwiazdnica świetnie smakuje, a nasiona ostropestu są lecznicze. W przyszłości jednak nie zamierzam do donic dodawać kompostu spoza Ostoi.

Eksperymenty, takie jak testowanie nowych odmian i gatunków roślin są fajne, ale niezwykle zwiększają pracochłonność. Nauczyło mnie tego 28 odmian pomidorów jakie przetestowałem w tym roku. Było to bardzo pouczające doświadczenie, wskazało bowiem odmiany, które w Ostoi najlepiej się sprawdziły, oraz takie, których nie warto tu uprawiać. Było to jednak takie doświadczenie pierwsze, i ostatnie. W następnych latach będę uprawiał cztery sprawdzone odmiany, i dodam jako testowe dwie - cztery nowe, nie więcej. Testując po tylko tyle nowych odmian co roku, pogodzę dobre plonowanie z racjonalnymi nakładami pracy i pasją do eksperymentowania, znajdując (oby) złoty środek.

Hitem i odkryciem roku 2016 okazała się dla mnie uprawa w workach. Nauczył mnie jej Larry Hall, mistrz "dziwnych" upraw, między innymi systemu uprawy z wykorzystaniem rynien do nawadniania (której to metody nie dałem rady spróbować, przeszła na rok 2017). Każdy, kto przebrnie przez pracochłonny etap przygotowania podłoża do worków (lub leniwie zakupi gotowe, o co wbrew pozorom w Polsce nie będzie łatwo), będzie zachwycony tym, jak mało pracy wymaga taka uprawa. W kolejnym roku na pewno będę kontynuował próby z nią związane, bazując na tegorocznych doświadczeniach. Co by jednak nie mówić, takich pomidorów jak w workach, nigdzie indziej pod gołym niebem nie udało mi się uzyskać.

Walka z naturą zawsze ma zgubne konsekwencje, dla natury i dla człowieka, który jest jej częścią. Powinienem oczywiście to wiedzieć, i tak naprawdę wiedziałem, ale wiedzieć to jedno, a rozumieć to drugie. Hugel, czyli wysoka, wypełniona drewnem grządka jest magnesem dla wszelkich zwierząt - od mrówek począwszy, przez zaskrońce, po ptaki. Okoliczne leśne ptaszyska, ze szczególnym uwzględnieniem kosów, uwzięły się na nasiona i siewki pracowicie na huglu wysiewane i kiełkujące. Aby zapobiec grabieżom, pomiędzy powierzchnię gleby a ściółkę wprowadziłem plastikową siatkę, co okazało się być pułapką dla zaskrońców. Biedaki utykały w niej, szukając drogi do swoich korytarzy pod huglem. Przez jakiś czas uwalniałem te biedne gady, wsadzałem do wiaderka i wynosiłem z podwórka do ich naturalnego środowiska, w ostępy nad Rawką, ale one z uporem maniaka powracały. Po siedemdziesiątym wężu poddałem się, nigdy więcej takiej siatki.

W przyrodzie nie ma odpadów, więc i my powinniśmy innym okiem patrzeć na wszystko, co nam zalega, przeszkadza, jest niepotrzebne. Rama starego tapczanu, resztki trawy morskiej z materaca, na wierzch nieco zrębki, trochę niezbyt ładnych bulw topinambura i kiełkujących ziemniaków, zeszłoroczne nasiona bobu i fasoli, no i mamy całkiem fajną grządkę, która bez żadnej w sumie opieki dała na koniec roku sumę zbiorów o objętości połowy dużego wiadra. A w kolejnych latach może być tylko lepiej - wystarczy dodawać ściółki na wierzch i albo pozostawić topinambury aby się rozrastały, albo sadzić inne rośliny, a z czasem na ugorze gdzie założyłem grządkę powstanie dobra gleba, rama się rozpadnie i nie będzie po niej śladu, a jako bonus, będzie też co włożyć do garnka. Najprostsze sposoby z reguły okazują się najskuteczniejsze i najmniej pracochłonne.

Nobel w kategorii recyclingu i funkcjonalności idzie do nadstawek do palet - okazały się tegorocznym strzałem w dziesiątkę. Można w skrzyniach z nich zbudowanych nie tylko przechowywać zrębki, nawóz od sąsiedzkich zwierząt, ściółkę czy kompost, ale również wykorzystać jako obramowanie małej grządki wyniesionej, przy czym w każdej chwili można takie obramowanie złożyć, przenieść czy schować. Najbardziej sobie cenię możliwość regulacji wysokości, która znakomicie ułatwia wybieranie ze skrzyń wszystkiego, co się w nich przechowuje. Mam jeszcze kilka innych pomysłów na wykorzystanie tych nadstawek, ale o tym w następnym roku.

Zupełnie nie doceniłem wydajności permakulturowego ogrodu i "dałem ciała" na całej linii w (wątłej) materii podpór - generalnie nie wytrzymały one masy plonów. Myślałem, że w małych workach pomidorom wystarczy podpora z siatki ogrodzeniowej, niestety - siatka pod ciężarem owoców złożyła się jak domek z kart. Podobnie, plastikowa siatka szklarniowa do uprawy ogórków, napięta na sznurkach nad kostkami słomy, nie utrzymała rosnących na kostkach pomidorów. Muszę gruntownie przemyśleć temat podpór, bo nic nie jest tak przykre, jak prawie dojrzałe pomidory, ogórki czy melony, które burzowy wiatr wraz z podporami rozciąga na ziemi.

Rok 2016 był dla mnie rokiem ziół - bardzo wiele się o nich nauczyłem, bardzo wiele pracy włożyłem w lepsze ich poznanie. Lekcją najważniejszą odnośnie ziół było to, że lepiej jedno zioło poznać w stu aspektach - metodach zbioru, przygotowania, zastosowania i przechowywania, niż sto ziół pobieżnie, I tak jak w przypadku nowych odmian pomidorów, przyrzekłem sobie solennie nie szaleć w następnych latach, a raczej wziąć na celownik jedno-dwa-trzy zioła i skupić się na gruntownym ich poznaniu. Jeśli co roku uda się taką taktykę powtórzyć, to za jakiś czas powinienem mieć solidny fundament wiedzy, a nie "zamek na piasku". Oczywiście pierwszeństwo mają te zioła, które rosną już w Ostoi, i w jej najbliższej okolicy. Przełomem stało się odkrycie stanowiska wrotyczu bliziutko, a potem zagłębienie się we właściwości tej cudownej rośliny, zastosowanie jej na sobie, gdy nastała taka konieczność i obserwacja min doktorów, którzy nie bardzo mogli uwierzyć w efekty.

Zarówno w Ostoi, jak i poza nią, miałem okazję poopowiadać innym o permakulturze. Nauczyłem się, że czasami mówię do osób, które spotykam przypadkowo, które znalazły się na kursie lub warsztatach z musu, które marzą tylko o tym, aby móc zatopić wzrok w ekranie swojego smartfona i nie musieć słuchać jakichś opowieści dziwnej treści. Takie osoby, z reguły młode, ale nie tak bardzo - takie co już utraciły dziecięcą ciekawość świata, ale nie nabrały jeszcze charakterystycznej dla dorosłości praktycznej ciekawości, potrafią doprowadzić prelegenta do rozpaczy, jeśli nie jest on na ich obecność odpowiednio przygotowany. Warto jest mieć w zanadrzu parę spektakularnych tricków, pokazów, opowieści i anegdot, które choć na jakiś czas będą w stanie oderwać młode główki od fejsa i tindera. Jakich? Tego dokładnie nie zdradzę, ale musi być ... spektakularnie ;) Wiele takich możliwości daje ... energia Słońca.

 A gdy okoliczności uniemożliwiają poważne prace "polowe" i permakulturowanie na łonie przyrody w Ostoi, to warto jest też mieć w zanadrzu coś, co pozwoli kultywować swoje pasje niemal w dowolnym miejscu. Ja w tym roku odkryłem uprawę mikrozieleniny, czyli tak zwanych microgreens, różniacych się od popularnej uprawy kiełków między innymi tym, że uprawia się ją nieco dłużej i w niewielkiej ilości gleby. Jak dla mnie mikrozielenina jest doskonałym uzupełnieniem miejskiego jadłospisu, możliwym do wyhodowania o każdej porze roku, bez większego wysiłku. Temat ten na pewno będę zgłębiał w następnym roku, koncentrując się nie na zwiększaniu produkcji, ale na jak największej koncentracji składników odżywczych w moich mikrozieleninkach. A wszystko pod kontrolą refraktometru.

Jednoosobowe, weekendowe, intensywne gospodarowanie w Ostoi z jednej strony stanowi doskonałą odskocznię od miejskiego życia, z drugiej jednak czasami jest w stanie w jeden dzień zedrzeć do cna parę grubych skórzanych rękawic, a co dopiero siły pana w średnim wieku. Dlatego też coraz bardziej prace w Ostoi idą w kierunku tworzenia systemów wieloletnich i samoobsługowych po to, aby z każdym rokiem pracy ubywało. Oczywiście, nigdy raczej nie nadejdzie taki moment, aby całkowicie spocząć na laurach, ale trzeba respektować znaki, które daje ciało i umysł, i wiedzieć, kiedy zwolnić. Odkryciem bardzo pomocnym w tym zakresie okazuje się być ekologia leśna, w wydaniu Marka Sheparda, autora książki "Restorative Agriculture". Walka z lasem otaczającym Ostoję ze wszystkich stron jest bezcelowa, z drugiej strony las to nie Borg, który pragnie wszystkich zasymilować. Manipulując stadiami sukcesji, można z nim żyć w zgodzie i korzystać z dobrodziejstw jakie oferuje, należy jednak odłożyć na bok własne wizje i posłuchać, co radzi las.

I tak oto wygląda mój Ostojowy rok 2016 w pigułce. Wszystkim, którzy odwiedzili ten blog w odchodzącym roku serdecznie dziękuję za Waszą tu obecność, Wasze odwiedziny są dla mnie inspiracją do dalszych działań i pisania. Życzę Wam i sobie, abyśmy wszyscy mieli wiele okazji, aby spotkać się tu ponownie w nadchodzącym roku 2017 i aby rok ten przyniósł Wam wiele radości i sukcesów we wszystkim, co Was rajcuje i co kochacie. Dobrego 2017!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Małe objawienie

Obiecywałem sobie solennie, że w tym roku kalendarzowym koniec już z sadzeniem czegokolwiek w Ostoi. Że pora odłożyć ogrodnicze sprzęty do lamusa i pożegnać się z nimi do wiosny. W swoim postanowieniu wytrwałem dokładnie dwa tygodnie. A stało się tak z przyczyny poniekąd ode mnie niezależnej.
Początkiem wszystkiego była rozmowa z moim nauczycielem i mistrzem, Geoffem Lawtonem, dotycząca wzorców w naturze i projektowaniu permakulturowym. Pytałem Geoffa o to, skąd wie który z wzorców jest w danym projekcie najbardziej odpowiedni, jak dobrać ten najwłaściwszy.
Geoff odpowiedział mi, że "wzorce często wyłaniają się z praktycznego zastosowania zasad projektowania permakulturowego, jako dyrektywa do działania. Cofnij się i obserwuj jak Twój projekt rozwija się od analiz do form, które harmonizują z krajobrazem lub Twoją konkretną sytuacją, a zwykle forma wzorca nagle objawi Ci się - i wtedy masz pełne prawo stosować, powiększać i rozwijać ten wzorzec."

Jest taki fragmencik podwórka Ostoi, który od dawna nie bardzo mi pasował do układanki. Bo od wschodu dom, od zachodu wysokie brzozy, płot i las, od południa górujący nad wszystkim maszt piorunochronu i jeszcze na dodatek dojazd do szamba zostawić też trzeba. Różne mi się w głowie kołatały koncepcje, ale nie bardzo wiedziałem jak temat ugryźć.
I przyszedł ten moment, gdy stanąłem twarzą na północ, ze wzrokiem utkwionym w zeschłe trawy i liście, i poczułem, że wszystko się układa i że musi być wykonane teraz, zaraz, natychmiast.
"Rzutem na taśmę" zakupiłem kilka drzewek i krzewów, dobierając je do suchej piaszczystej gleby i małej ilości słońca. Gdy dotarły do Ostoi, rozpoczął się sobotnio-niedzielny maraton łopatowo-taczkowy. Drzewka i krzewy zostaly posadzone, a wokół każdego z nich pieczołowicie poukładałem mokre gazety. Następnie zlałem solidnie glebę wodą, posypałem odrobiną zrębki i wyłożyłem kształty przyszłych grządek mokrymi gazetami i tekturą falistą.

Zacząłem nadawać kształt grządkom, ściółkując je zrębkami i liśćmi, starając się myśleć głównie o wodzie, spływającej z północnego wschodu, o słońcu, dochodzącym tu z południa i sunącym na zachód za brzozy i las, no i o taczce, którą muszę móc się między grządkami poruszać. Sterta zrębki za płotem malała gwałtownie, ale nowe grządki zaczynały nabierać realnych kształtów. Zapadająca noc przerwała prace sobotnie, ale w niedzielny poranek wszystkie elementy układanki znalazły się na swoim miejscu.

Ledwie skończyłem, a pogoda dobitnie dała mi do zrozumienia, że pora jednak kończyć ten sezon. Wiatr, gradobicie i deszcz ogłosiły szumnie koniec prac na niedzielę. Nowe grządki jednak będą "pracować" całą zimę, stając się siedliskiem grzybni, dżdżownic i innych mikro i makroorganizmów, które przekształcą trawiaste klepisko w miejmy nadzieję bujnie rosnący fragment ogrodu. Wraz z tą spontaniczną akcją zaskoczyły na swoje miejsce pozostałe fragmenty układanki, czyli wiosenne nasadzenia dla świeżo wykonanych grządek, dalsze prace z tej strony domu, a koncepcja całej zachodniej strony podwórka zaczęła składać się do kupy jak klocki Lego. Warto było poczekać, poobserwować, nie robić ... dokładnie tak, jak poradził Geoff. teraz pozostaje tylko ten wzorzec powiększać i rozwijać.
Mała rzecz, a cieszy, takie nagłe objawienie i robota, było nie było, nieplanowana, po zamknięciu sezonu wymyślona i ukończona.

sobota, 19 listopada 2016

Zdążyć

Jeden z ostatnich tegorocznych weekendów przedzimowych w Ostoi wypełniony był pracą po brzegi. To ostatnia okazja aby posadzić jeszcze nieco drzewek i bylin. Setka rokitników i glediczji trójcierniowych znalazła nowy dom na skraju piaszczystej skarpy zwanej Zajęczą Górką. Nazwa jest bardzo adekwatna, konieczne więc było zabezpieczenie drzewek przed kłapouchami. Miejsce jest niezwykle niegościnne dla roślin, przez dziesięciolecia nie wyrosło tu nic poza mchami, porostami, odrobiną traw i wrzosu. teraz z wolna zaczynają je kolonizować sosny-samosiejki, próbuję więc nadać mu bardziej urozmaicony charakter, sadząc gatunki wiążące azot z powietrza i zwiększające żyzność gleby. Jeśli dziki nie wyryją, łosie, sarny, jelenie i daniele nie zniszczą a i ludzie nie pokradną, może coś z tego będzie ...

Drzewa niejednokrotnie zadziwiają swoją wolą życia. Niedaleko Ostoi, w miejscu, gdzie wiele lat temu spłonęło gospodarstwo, stoi sobie ten oto okaz - trafiony przez piorun, osmalony w pożarze, spróchniały i zgrzybiały, podziobany przez dzięcioły, a teraz jeszcze wyrzeźbiony przez szalonego bobra-artystę, który jednak musiał ugiąć się przed twardością gruszy. Drzewo nadal żyje, choć nie owocuje już. Drzew tak zniszczonych, a trwających jest w okolicy wiele, podziwiam te uparte okazy. Dlatego tak uparcie próbuję sadzić drzewa w Ostoi, pomimo wszelkich przeciwności, bo jest nadzieja, że choć kilka z nich przetrwa i rozrośnie się, a gdy to nastąpi, całe ich otoczenie zmieni się na korzyść. Jedyne, czego żałuję, to że drzewa te nie trafiły do Ostoi wiele lat temu. No ale jak to mówią, lepiej późno, niż wcale. Może jeszcze urosną i zdążę się nimi nacieszyć. A jeśli nie, to posłużą innym, i przyrodzie.

Gdy już uporałem się z drzewkami, przyszła pora na dwieście bulw krokusów i żonkili, które sadzę na obrzeżach leśnego ogrodu. Rośliny te skutecznie odstraszają gryzonie, tak przynajmniej wieść gminna głosi. Powinny również stanowić barierę dla traw i utrudnić ich wnikanie na grządki. Dodatkowo, cudownie wiosną wyglądają. Gdy bulwy są już w ziemi, biorę się za ostatnie ściółkowania grządek. Jak zwykle, brakuje mi materiału, chociaż wszystkie liście skrupulatnie wykorzystuję, chociaż dorzucam słomy i siana, chociaż resztki zrębki zużywam. Mało, mało i zawsze mało. Piachy Ostoi chłoną materię organiczną jak gąbka.

Ledwo kończę, a tu zaczyna się ściemniać i prószy pierwszy śnieg. Chciałbym, aby skoro zdążyłem ze wszystkim, padał teraz i padał, otulał ziemię, i grządki, i drzewka i te nieszczęsne dwieście żonkili i krokusów. Czekam od kilku lat na taki porządny śnieg, taki, w który można zanurkować prosto z sauny i zrobić przysłowiowego orła. Taki, który nie zniknie aż do wiosny i wreszcie zapewni ochronę przed mrozem glebie przez cały okres zimowy. Jak będzie, pożywiom-uwidzim, jak mówią bracia ze wschodu. Na razie nie wygląda na to, wrzosy wróżą zimę zmienną, z okresami bez śniegu. Wrzosową wróżbę zapisałem na karteczce i zweryfikuję na wiosnę. A tymczasem, wracam do miasta, aby zdążyć przed korkami na A2.