sobota, 15 kwietnia 2017

Ostoja - odcinek świąteczny

Autem, wyładowanym po dach, zajechałem do Ostoi w Wielką Sobotę. Tylko na parę godzin, aby zrobić to, co konieczne. Na liście koniecznych rzeczy była również ta paczka, z zawartością do zmontowania. Przed przystąpieniem do pracy, wykonałem standardowy obchód włości, aby zobaczyć, jak wygląda wszystko przed nadejściem zapowiadanych na przyszły tydzień przymrozków.

Nareszcie na mojej szparagowo-topinamburowej grządce zakwitły ... tulipany. Kwitną tu co roku, na obrzeżach, aby urozmaicić dosyć nudny widok. Zasadniczo nie poświęcam zbyt wiele uwagi estetyce, uznając, że przyroda sama najlepiej spełnia tą rolę, ale do tulipanów mam drobną słabość, i tam, gdzie rośliny cebulowe pełnią też inne funkcje, sadzę tulipany właśnie, oraz jeszcze bardziej lubiane, narcyzy.
 Nareszcie kwitną też śliwy, wiśnie i czereśnie, choć radość jest może przedwczesna, w świetle prognoz pogody. Ponieważ jednak jak na razie moje przeżycie nie zależy od urodzaju (ufff .....), to ze stoickim spokojem obserwuję to, co się dzieje w pogodzie i w przyrodzie.
 Oszalały jagody kamczackie, kwiecia tyle, jak nigdy przedtem. Zdecydowanie lubią Ostoję, w odróżnieniu od borówki amerykańskiej, która słabo rośnie i jeszcze gorzej owocuje. Pocieszam się, że to chwilowe, i że z każdym rokiem będzie lepiej.
 Donice podsiąkowe wybuchły rzodkiewkami, kilka różnych odmian kiełkuje przyzwoicie.
 Totalnie nieprofesjonalne i niezgodne z instrukcją na opakowaniu nasion zagęszczenie jest jak najbardziej celowe - lubię mikrolistki rzodkiewek, większość zostanie wycięta i zjedzona, aby te, które ocaleją miały miejsce do dalszego wzrostu.
 Na spirali ziołowej wylazły szafirki. Dostałem je od kogoś w doniczce i zlitowałem się nad nimi zwracając im wolność. Odwdzięczają się niemal śródziemnomorskim błękitem. W towarzystwie aromatycznego bluszczyka kurdybanka dodają niemrawej jeszcze o tej porze roku spirali znamion życia.








W mikrosadzie wyłazi spod ściółki rabarbar, goniąc wszechobecne truskawki. Pokazały się też przegorzany, pokrzywy, nawłocie, same inwazyjne paskudy, w Ostoi witane z otwartymi ramionami. Jak to się tu mówi, biomasy nigdy dość. Każda roślina ma tu jakąś wartość, każda się przyda.
 Spacer spacerem, a zawartość paczki sama się nie złoży. Po kilkunastu minutach na podwórku dumnie prezentuje się wózeczek. Jego zadaniem jest oszczędzić mój grzbiet, lub to co z niego zostało. Będzie woził ścięte przez bobry pnie, siano znad rzeki, liście i kompost. Mam nadzieję, że dzięki niemu prace w Ostoi będą posuwać się odrobinę szybciej. Kończę niezbędne prace w strugach deszczu i wyruszam do miasta. Do widzenia Ostojo, do zobaczenia po świętach.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Słoiki

 W Warszawie od tygodnia śliwy w białym kwieciu, a w Ostoi, niecałe 70 kilometrów od miasta, dopiero przekwitają krokusy, a śliwy nieśmiało prezentują pąki. Nie zmienia to faktu, że pora brać się solidnie do robót wszelakich. Jeszcze słonko dobrze nie wstało, a ja już w terenie, napełniam koszyk młodą pokrzywą, żywokostem i kokoryczą. Dwie pierwsze umieszczę w słoikach w celach eksperymentalno-ogrodniczych, tą trzecią w zupełnie nieeksperymentalnym celu leczniczym, bo z kokoryczą żartów nie ma, więc nie będę eksperymentował.

Ferwor prac nie zwalnia jednak od spaceru, niemal o zmierzchu wyruszam więc, a to sunąc ciemną doliną, a to łapiąc ostatnie słońce na łąkach. Każdy niemal spacer ujawnia coś nowego, nigdy nie wiadomo co się zza zakrętu wyłoni. I tym razem również, niedaleczko, widok jak po przejściu tatarskiego najazdu lub ministra Szyszki plenipotentów.  Były drzewa - nie ma drzew. Tu jednakże, to bóbr, morderca drzew, bezlitośnie wykarczował co mu przypadło do gustu. Cały ciemny lud tnący co popadnie nie wykarczował tylu drzew w Dolinie Rawki, ile od czasu reintrodukcji bobry wycięły. Czy bobry są eko, niech każdy sam osądzi.

Bele siana nadal gniją na łące, bardzo by mi się one przydały. Ileż to grządek można by założyć, gdyby obfitość takiego siana mieć. Można by metodę Ruth Stout porządnie potestować, no może poza jej upodobaniem do ganiania po ogrodzie nago, bo niestety już komary się roją na potęgę. Niestety dodzwonić się do właściciela bel nie udaje, dlatego pozostaje się oblizywać, fotografować, i dalej dzwonić próbować.


 Wysoka woda zimowa usypała piękny prezencik - hałdę czyściutkiego, jak przesianego piasku rzecznego, Piasek taki doskonały jest na przykład do ukorzeniania w nim sztobrów czy sadzonek z pędów zdrewniałych, problem tylko etycznej natury i prawnej tu jest, bo było nie było, prezencik leży w rezerwacie. Może jednak za jedno wiaderko przyroda się nie pogniewa, a władze ścigać nie będą? Mam piasku bez liku i ten nie jest mi akurat potrzebny, z lubością jednak obserwuję, jak przyroda potrafi człowiekowi pomóc - piasek przetransportować, przepłukać i usypać pod nosem.

 Tymczasem w słoiku kokorycz kąpie się w alkoholu, powstaje Intractum Corydalidis, czyli intrakt z ziela i bulwek tej sympatycznej roślinki. Zainteresowanych charakterystyką, działaniem i dawkowaniem tego cuda odsyłam do obfitej literatury, na przykład u doktora Różańskiego. Jest to bardzo silne ziółko, dlatego przy jego stosowaniu należy zachować rozwagę i ściśle trzymać się zaleceń. Kokorycz pusta pojawiła się w Ostoi dokładnie w drugim roku moich w niej działań, i od tamtej pory rozrasta się coraz obficiej. Jest magnesem dla trzmieli, które o tej porze roku niewiele mają pożytków, cieszą się też nią pierwsze pszczoły-murarki opuszczające mój domek dla owadów. Kokorycz obecnie jest w pełni kwitnienia, a gdy tylko wyda nasiona zniknie, do następnej wiosny, ale trwałym po niej wspomnieniem zostanie ten intrakt w słoiku.

 W innych słoikach rozpoczynam eksperymenty z tak zwanymi fermentowanymi sokami roślinnymi (FSR), które na początek sporządzam z żywokostu i pokrzywy w małych, próbnych ilościach. FSR zawierają żywe kultury bakterii, takich, jakie żyją na roślinach z których je sporządzamy. W bardzo dużym rozcieńczeniu służą do poprawy jakości gleby i wspomagania wzrostu roślin. Dowiedziałem się o nich czytając o naturalnym rolnictwie rodem z Korei i postanowiłem zacząć zgłębiać temat. Koreańscy rolnicy stosują wiele niezmiernie skutecznych metod, których wspólną cechą jest to, że surowce w nich stosowane są niezwykle tanie, lub zgoła darmowe, a przy tym całkowicie naturalne. O tym, jak idą eksperymenty, będę informował w dalszych wpisach, na razie trzeba czekać, aż bakterie zrobią swoje i rośliny w słoikach zamienią się w życiodajną ciecz.

Narzekałem, narzekałem, ale się doczekałem - wyszły wreszcie narcyzy! I te mniejsze, i te większe, zabrały się za kwitnienie. Te tutaj celowo opasują grządkę, aby chronić ją przed podziemnymi agresorami - krety, myszy i nornice nie lubią podobno narcyzów. W Ostoi nie mam zasadniczo (odpukać) problemów z tymi stworzeniami, strzeżonego jednak ... A nawet jeśli nie przeciw kretom, to dla samego widoku, warto ujmować grządki w takie ramy. Dodatkowo, powinny one zapobiec wchodzeniu traw na grządki, co roku jesienią dosadzam więc kolejne, mając w planie otoczyć narcyzami wszystkie grządki roślin wieloletnich. A póki co, wracam wraz ze swoimi słoikami do miasta, potrzebują one bowiem ciepła i uwagi, no i ... co to by był za powrót ze wsi do miasta,  bez słoików?

niedziela, 2 kwietnia 2017

Horrory



Prima Aprilis jednym wielkim horrorem był. Jeszcze kilka dni temu u pomidorków było 18-20 stopni, a tu nagle, z niczego, zrobiło się pierwszego kwietnia 25 stopni. Pomidorki odpowiedziały gwałtownym wzrostem, w związku z tym palety z siewkami zaczęły wyglądać jak koszmar ogrodnika. Gęsto, za gęsto, zdecydowanie. Postanowiłem jednak zaryzykować i trzymać się planu, czyli rozsadzać to całe tałatajstwo za kilka dni. Nie dałbym rady tego zrobić teraz i tak, bo inne sprawy odciągają mnie od pomidorków skutecznie, i choć na pewno na widok takiej palety kraje się serce niejednego profesjonalisty, to ja potraktuję ten etap jako selekcję - przesadzę do doniczek najsilniejsze siewki, mając nadzieję, że wyrosną z nich bardzo silne rośliny.

Tu pewnie kolejny horror i brak profesjonalizmu, na jednej palecie groch z kapustą, a ściślej pomidory z bazylią, plus papryki, co nie chcą wschodzić. To oczywiście później wysiane nasiona, jeszcze tych siwek też na razie nie będę pikował do doniczek. Myślę , że poradzą sobie dobrze, nawet jeśli spędzą w tej kuwecie jeszcze ze dwa tygodnie.


Sałata, o zgrozo, zarosła samą siebie, nic nie widać poza sałatą. Teraz najładniejsze sadzonki pójdą do małych worków uprawowych, a z nieco gorszych będziemy codziennie odcinać nożyczkami zewnętrzne świeże listki i zajadać ile wlezie. Wygląda na to, że trochę ona pożyje, jeśli tylko temperatury nieco spadną. Kilka godzin dziś spędziła na zewnątrz, nie sądzę jednak aby było tam chłodniej niż w domu. Słoneczko pięknie przypiekało, a sałatki trzymały się dzielnie jak kniaź Jarema w Zbarażu. Nic nie więdło, nie marniało, a opaliwszy się nieco, wróciło do domu.

Totalny horror ze słomą w kostkach, na której tradycyjnie, jak co roku, planuję uprawiać pomidory. Z całej dostawy pięćdziesięciu sztuk, dobrze zbite kostki są ... dwie. Co z tego że dali kilka gratis, jak istnieje ryzyko, że całe to przedsięwzięcie rozsypie się w trakcie sezonu? No ale że nie mam innego źródła, to trzeba było zacisnąć zęby i zjeść tę żabę .. Obwiązuję te żałosne "grządki sznurem, żeby mi się to wszystko nie rozjechało. Jeśli na tych kostkach uda mi się wyhodować ładne pomidory to .... ok, wyzwanie przyjęte :) Popróbujemy.

Wiosna i jej wysłannicy chcą mnie chyba wygnać z Ostoi. Na większej części podwórka, do niedawna zwanej klepiskiem z uwagi na niebywałą żyzność i szatę roślinną (gdzie oczywiście nie rosło nic), teraz plenią się łany kokoryczy pustej, bardzo mocnego ziółka na wiele dolegliwości. Mam nadzieję, że natura nie chce mi w ten sposób czegoś zakomunikować, ale na wszelki wypadek nieco zbiorę i przerobię na intrakt, czyli wyciąg alkoholowy.


A na totalnym już ugorze, gdzie dwu-trzymilimetrowe mchy tulą się do piasku, totalny odjazd - morze kwiecia. Malusieńkie kwiatki biało- żółte ścielą się obficie, aż żal stopę postawić. Jakoś się jednak po tym podwórku muszę poruszać, przeganiając pierwsze trzmiele i pszczoły murarki. Domek dla owadów jeszcze senny, ale pierwsi mieszkańcy już go opuścili. Z każdym ciepłym dniem będzie ich na pewno coraz więcej. Cieszy bardzo ta bioróżnorodność roślinno-zwierzęca, której jeszcze kilka lat temu zupełnie tu nie było.


Zasadniczo jednak o czym innym chciałem napisać. Przez cały dzień w Ostoi towarzyszyły mi dziwne trzaski, szelesty poruszenia... W obrębie podwórka jakby mniej, ale zza płotu dochodziły nieustannie i masowo. Było ich tak wiele, i w sumie były one wystarczająco natarczywe, abym udał się na zwiad. Tuż za furtką ogarnęły mnie te trzaski całkowicie i przez moment zakradł się gdzieś z dna duszy pierwotny element obawy przed nieznanym, jednakże dość szybko zorientowałem się, kto straszy. A straszyły sosny - w pierwszy naprawdę upalny dzień postanowiły masowo posłać w świat potomstwo. Trzaski bowiem pochodziły z szyszek, które jak na komendę postanowiły się otwierać. Fascynujące zjawisko, którym brzmiał cały las, jeszcze nigdy wcześniej tak intensywnie sosny w mojej obecności nie przemawiały. Kolejny raz przekonałem się, że lekcjom udzielanym przez naturę nigdy nie ma końca, trzeba tylko nadstawiać zmysłów aby z nich skorzystać.

poniedziałek, 20 marca 2017

Zapowiedzi

Pierwszy dzień astronomicznej wiosny w Ostoi wita zmianę pór roku jedynie tulipanami. Wychylają się one z grubych warstw ściółki, tworząc zapowiedź tego, co za kilka tygodni zacznie się dziać. To chyba najtrudniejszy czas dla mnie w ciągu całego roku - zewsząd wszyscy donoszą o kiełkujących, kwitnących, wyłaniających się ogrodowych cudach, a tu w lasach szaro, buro i ponuro. Zakradać się zaczyna zwątpienie, że jesienne wysiłki poszły na marne, że kłącza i cebulki nie przetrwały zimy, ale rozsądek podpowiada, że po prostu ... jeszcze nie czas.

Z tego wszystkiego oddałem się niezwykle kojącemu zajęciu, jakim jest ciężka praca. Postanowiłem przeciąć Zajęczą Górkę rowem konturowym, tak zwanym swale, którego zadaniem jest stworzyć warunki do wzrostu drzew, poprzez wyłapanie, spowolnienie, rozprowadzenie i umożliwienie wsiąkania wody deszczowej. Początki wydają się być obiecujące, przy lekkiej mżawce widać, że dno rowu ładnie chłonie wilgoć, a na wale poniżej rowu wysiane nasiona zaczęły pięknie pęcznieć pod ściółką. Wielkość i kształt rowu surowej weryfikacji podda pierwszy ulewny deszcz, na który czekam z utęsknieniem. Całość wymaga jeszcze wielu dni pracy, bo niby ta moja górka mała, ale inaczej się mierzy wzrokiem, a inaczej łopatą.

Tymczasem w mieście, pod eksperymentalnym oświetleniem ledowym, które poza światłem białym daje również sporo czerwieni i purpury, mamy kolejną zapowiedź tego, że sezon 2017 zapowiada się ciekawie. Jak uważni czytelnicy pamiętają, zbierałem nasiona własnych pomidorów w poprzednim sezonie, a kilka tygodni temu eksperymentalnie wysiałem trzy z nich aby zobaczyć, czy kiełkują. No i wszystkie trzy wykiełkowały, a jakże. I nie dość, że pięknie wykiełkowały, to już zaczęły zawiązywać pierwsze pąki kwiatowe! Rośliny te miały tylko potwierdzić, że nasiona kiełkują, ale skoro już za moment zakwitną, postaram się je jakoś utrzymać przy życiu do drugiej połowy maja, kiedy to będzie je można wyekspediować na zewnątrz. Będzie to o tyle trudne, że wszędzie jak okiem sięgnąć, zaczynają się piętrzyć kuwety i doniczki z rozsadami, maluczko, a zabraknie parapetów i podłóg na to całe towarzystwo. Czego i Państwu, drodzy czytelnicy, życzę.

poniedziałek, 6 marca 2017

Ptaszory

W nadziei rozpoczęcia siewów nawiedziłem Ostoję w sobotni poranek. Szybko zorientowałem się jednak, że stan ogrodniczej gorączki jest zdecydowanie przedwczesny. Gleba pięć centymetrów pod powierzchnią skuta jest wciąż lodem, nawet w czarnych donicach, które w teorii powinny rozmarznąć najszybciej. Jedynym rozmarzniętym wystarczająco miejscem okazał się hugel, z którego usunąłem siatkę zabezpieczającą go przed zwierzyną, a która w zeszłym sezonie okazała się śmiertelną pułapką dla zaskrońców i zmusiła mnie do uwalniania ich oraz odtransportowywania nad rzekę wiadrami.

Z braku ogrodniczych uciech postanowiłem powłóczyć się po łąkach, do czego już z daleka zachęcały głosy żurawi. Włóczenie o tyle utrudnionym było, że w łąkach nadal stoi woda. Karkołomne skoki przez głębokie rowy i skradanie się w trzcinach nie pozwoliły zbliżyć się do żurawi wystarczająco, aby wykonać dobre zdjęcie, No ale tradycji stało się zadość, żurawie anno domini 2017 zostały uwiecznione i więcej już z premedytacją nie będę ich niepokoił. Na pewno natknę się na nie przypadkiem podczas następnych spacerów, bo w najbliższej okolicy słychać trzy pary tych majestatycznych ptaków.

Nad podwórkiem Ostoi musi przebiegać jakaś ptakostrada, bo w przeciągu kilku godzin przeleciały nad nim parami łabędzie, żurawie, kruki, nie licząc drobniejszego tałatajstwa. Samotnie kołował myszołów, a stado sójek wpadało i wypadało drąc się jak opętane. Pod karmnikiem dostojnie przechadzał się samiec bażanta, za nic mając moje kręcenie się po podwórku. Ślady ptasiej tragedii dostrzegłem w szopie, gdzie jakimś cudem kuna musiała się dostać i dokonać konsumpcji sójki - pióra, pióra wszędzie. Kuna pogryzła też przewód idący od panelu słonecznego na dachu do reflektorów solarnych, widać zdenerwować ją musiało światło włączające się przy każdym ruchu w nocy.

Do dziesięciu domków dla ptaków dorzuciłem kolejnych pięć, co wywołało spore poruszenie wśród sikorek - siadają na gałęziach w pobliżu domków i wyśpiewują swoje trele, widać, że im się nowe mieszkania podobają. Zawiesiłem też ostatnią kulkę, pora kończyć sezon dokarmiania ptaszorów. Niech powoli zaczną się przestawiać się na zdrową żywność z ogrodu, łąk i lasu.
W niedzielę przed świtem żuraw wydarł się tak blisko i głośno, że zastąpił budzik. Wkrótce do niego dołączyła liczna ptasia czereda, która obsiadłszy lipę nawoływała się donośnie. Przez cały dzień pracom nadwornym towarzyszyły ptasie głosy, miła to odmiana po niedawnej zimowej ogłuszającej ciszy.



sobota, 25 lutego 2017

Wylew

 No i wylała nasza rzeczka ulubiona, a wody jej przykryły łąki, na których niezwiezione siano moknie i gnije. Oj, nie ucieszy się właściciel stadniny, który uszykował to sianko dla koni, ale ja bardzo bym się ucieszył z tego zgniłego sianka, wszak to idealny materiał do ściółkowania. Trzeba będzie zadzwonić i zapytać, jak drogą kupna wejść w posiadanie tego dobra. Ale to później, bo teraz i tak nie ma sposobu, aby siano zwieźć, no chyba że amfibią. Pozostaje kontynuować spacer wzdłuż zalanych łąk i podziwiać okoliczności przyrody.
 Choć tama bobrowa zniknęła pod metrem wody, to ślady długozębych sąsiadów widać w okolicy. Poległo kilka brzóz i osik, oraz jedna topola, a na pierwszym planie straszą pnie po ubiegłorocznych cięciach. Bobry bowiem nie czytają dzienników ustaw, i nie dbają o to, czy minister Szyszko zezwala, czy zabrania, robią swoje. Tną, kiedy im przyjdzie na to ochota. No ale bobrów mało, a ludzi wielu, co widać, gdy się przejeżdża przez sąsiednie wsie - jak nie warkot pił, to powalone drzewa ... pachnie mi tu Isengardem, niestety.

 Choć jest słonecznie, to wieje a potęgę. Chmury przewalają się po niebie, a para (chyba) myszołowów, krąży nade mną jakbym był myszą na sterydach. Jakieś nieznane mi bliżej ptaki gromadzą się na lodzie, nie mam lornetki aby się im bliżej przyjrzeć. Pierwsze wrzaski żurawi zza rzeczki cieszą jak trójka w Lotto (no nie przesadzajmy z tą radością, drą się wszak co roku, i od teraz do jesieni będą budzić o dziwnych porach). Brzózki na skraju zagajnika na pierwszy rzut oka zwariowały, koronami swymi wskazują północny wschód. Nic w tym jednak dziwnego, bo tutaj nie słońce, a przeważający kierunek wiatru odcisnął swoje piętno. Jak się raz człek nauczy zauważać wzorce natury, to nie ma zmiłuj, przestać nie może.

Sąsiedzka łąka za mostkiem zażywa kąpieli, cieszą się zapewne kłącza kaczeńców i żywokostów, które wkrótce zaczną odbijać po zimie. Zwierzyna wyniosła się z trzcinowisk i nie ma jej się co dziwić - ani się położyć, ani co zjeść. Ludzi też brak - kto by się tam włóczył po zalanych łąkach. Ale sytuacja ta ma ogromną zaletę - ponieważ woda trzyma poziom, pięknie sobie można obejrzeć "mapę konturową" terenu, nie widać tego tak dobrze, gdy nad ziemią płynie powietrze.
Drzewa umierają stojąc to nie tylko tytuł dramatu i filmu, ale i rzeczywistość. Zastanawia mnie śmierć łąkowych samotników, umierających dosyć masowo. Nie wchodzi w grę ludzka ingerencja. Uschły w lata suche? Utopiły się w lata mokre? Dożyły swych dni i poszły do drzewnego nieba? Bobry ich nie tknęły. Piorun może? Bo przecież nie dzięcioły, które wykorzystują je obecnie w celach perkusyjnych, dając godne podziwu koncerty. Coraz mniej w łąkach tych drzew, coraz gorszy czas dla drzew w naszym kraju. A one przecież tu zakorzenione, nie wyjadą na zmywak do Anglii ...

I tak zbliżamy się do końca tego spaceru, a zarazem i tej opowieści. Tu rzeka spotyka się z lądem, trudno o bardziej płynną granicę. Z wodą sączy się życie w zmrożony zimą ląd, rzeka szykuje glebę do wiosny. Jak mówił Bill Mollison, każdy jest ogrodnikiem, jest nim również i nasza rzeczka, która wylewając śni o potędze i przypomina sobie pewnie czasy, gdy wody jej przewalały się kilkukilometrowej szerokości pradoliną. Dziś już nie taka silna, ale robi, co może. Niech co roku wylewa, niosąc wodę przez łąki. Takie wylewy to bez wątpienia samo zdrowie, dla całej przyrody.

sobota, 28 stycznia 2017

Ślady

 Przy wjeździe na podwórko Ostoi ciągle nierozebrana choinka przypomina o tym, że dawno mnie tu nie było. Choć trudno w to uwierzyć, sosenka którą zdobią bombki ma około 25 lat. Rośnie niezwykle powoli w suchym piasku tuz koło bramy, dodatkowo co roku jej świeże przyrosty są przycinane o połowę. Zasadniczo powinna być wycięta, ale znam ją od maleństwa, które miało zostać drzewkiem bonsai. Zamiast jednak skazywać ją na tkwienie w doniczce, pozwalam jej witać wjeżdżających do Ostoi. Bombki zresztą całkiem nie znikną - pojawią się wśród pomidorów, zanim te zaowocują. Ptaki, które zainteresują się bombkami i stwierdzą ich niejadalność, najprawdopodobniej zostawią w spokoju pomidory. Czerwone kamyki sprawdziły się wśród truskawek, jest szansa że bombki spiszą się podobnie wśród pomidorów. A na razie, niech jeszcze powiszą na sosence.

Spacer po Ostoi ujawnia ślady wichury. Usychająca brzoza została wyrwana z korzeniami i powalona na drogę. Zdumiewa mnie jak słaby i płytki był jej system korzeniowy. Dostrzegam też ślady butów, ktoś już sobie czubek brzozy zabrał, co dziwi mnie nieco. Hmmm, może potrzebował cienkich gałązek na rozpałkę? Tak czy inaczej, odcinam pień od karpy, tnę na trzydziestocentymetrowe fragmenty, transportuję na podwórko, rąbię, układam. Mało jest prac równie satysfakcjonujących i przyjemnych jak praca drwalska w mroźny, słoneczny dzień. Drewno poddaje się lekko mocy piły i siekiery, pchanie taczki przez płytki nawet śnieg nie należy jednak do przyjemności.

Jakiś szalony zając wdarł się na podwórko i pozostawił w śniegu łańcuszki tropów. Nie dobrał się na szczęście do drzewek, ale na wszelki wypadek uszczelniam przestrzeń pod płotem, gdzie ślady prowadzą. W mieście uzbierał się cały wór skorupek od jajek, rozsypuję je na grządkach, trafią do gleby gdy śnieg się stopi. Może, kto wie, odstraszą też kłapouchego? Osłony pozakładane na drzewka za płotem trzymają się dobrze i pomimo wielu tropów saren, zajęcy i dzików, a nawet łosia, nie ma (odpukać) śladów zniszczenia.

Niespodziankę znajduję w łąkach. Bobry spiętrzyły wodę tak, że zaczęła przelewać się łąkami w stronę maleńkiego starorzecza. Starorzecze to nie miało nigdy ujścia, a teraz ze zdumieniem stwierdzam, że szeroki kanał łączy je z niżej położonym podmokłym terenem. Zapewne jest to dzieło ludzkie, może zrobione po to, aby móc bez przeszkód przejechać traktorem na łąki w okresie ich koszenia. Teraz jednak rów zamarzł, a powyżej niego woda z bobrowej tamy piętrzy się w starorzeczu nad lodem i zalewa łąkę mocniej niż zwykle. Bobry kontra człowiek 1:0

Miłość miejscowych, porażka przyrodników, czyli wybetonowany starodawny Trakt Budnicki - dawniej szeroka piaszczysta droga, teraz nieożywiona, gładka i prosta jak pas startowy, przecina las na granicy Ostoi. Ku mojemu zdumieniu przyozdobił ją nowy znak drogowy. Ślady w śniegu sugerują, że stał się miejscową atrakcją, wygląda na to, że ludzie robią sobie przy nim zdjęcia - no cóż, nie często spotyka się ograniczenia prędkości w środku lasu. Tuż obok znaku, ślady działania ekipy przycinającej drzewa pod linią elektryczną, wszystko ucięte i porzucone, trzeba będzie się tym zająć i spożytkować na ognisko.

A na własnej Ostojowej tamie bobrowej woda toczy się wartko z mikro wodospadu, raz lód topiąc, a raz zamarzając. Tworzy tęczę kolorów i mini rzeźby lodowe. Szczególnie ładny to widok w ostatnich promieniach słońca, choć obserwacja wymaga nieco samozaparcia, bo mróz zaczyna coraz mocniej szczypać. Nic dziwnego, wokół nie widać jeszcze żadnych śladów wiosny. której wyczekuję z utęsknieniem. Cóż, pocieszać może tylko to, że i zima w Ostoi ma swoje uroki, szczególnie w taki piękny, słoneczny dzień jak dziś.