poniedziałek, 4 października 2021

Takie rzeczy, tylko w Ostoi.

 

Obiecywałem sobie solennie, że już niczego w tym roku nie będę sadził, ale cóż, miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Kolejna mała partia roślin trafiła do Ostoi, aby sprawdzić się w roli okrywy ograniczającej trawę w leśnym ogrodzie lub umacniając brzeg stawu. Tak naprawdę są to rośliny testowe, które w zależności od tego, jak się sprawdzą, dosadzę w przyszłości w większej ilości, lub nie. Mam tu irgi i janowce, suchodrzew i żarnowce, tawułę, derenia i forsycję, sztuk niewiele, ale gama szeroka. Taki sposób sadzenia pozwala przetestować wiele gatunków i odmian, a następnie inwestować jedynie w te, które się sprawdziły. Sadzę całe towarzystwo w miejscach zaplanowanych, podlewam i ściółkuję zrębkami, a oceniać będę w roku przyszłym dopiero. Na razie obdarzam wszystkie nowe rośliny kredytem zaufania - najlepszego na nowej drodze życia w Ostoi!

Pogoda momentami nie rozpieszcza, zdarza się, że plony zbieram w deszczu. Ma to znaczenie w przypadku tych plonów, które zamierzam przechowywać, a nie spożyć od razu. Gdy ustaje mżawka, rozkładam plony na deskach i czekam, aż wiatr je nieco osuszy. O tej porze roku nie ma szans, abyśmy spożyli to, co zebrane. A to pomimo starań, aby zbierać tylko tyle, ile jesteśmy w stanie zużyć. Nie ma w Ostoi wykopków sensu stricte, ziemniaki zbieram, albo gdy krzak zacznie obumierać, albo gdy potrzeba nowej porcji. Przychodzi jednak nieuchronnie ten czas, kiedy trzeba przyspieszyć, zbierać więcej i magazynować na długie zimowe miesiące. Na szczęście ziemniaki w Ostoi przechowują się doskonale w piwnicy, w piasku, powoli więc zaczynam tworzyć zapasy.

Ogródek zwany Plażą, z uwagi na ścieżki ściółkowane piaskiem, przesłania już domek, maluczko, a go nie ujrzycie. Kukurydza to odmiana Black Aztec, z którą wiążę wiele nadziei. Rośnie tu, abym miał ją na oku, bo chodzi mi o to, aby zebrać jak najwięcej nasion. Zamierzam w przyszłym roku wysiać je w drugim leśnym ogrodzie, w uprawie alejowej, pomiędzy rzędami drzew. Sprawiła mi jedną niespodziankę, o której za chwilę. Jeszcze mocniej przesłania dom jakon, z którym boje toczę od lat. Myślę, że wreszcie opanowałem uprawę tej rośliny, ale jak to mówią - nie wszystko złoto, co się świeci, tak więc ogrom zielonej masy nad ziemią nie świadczy jeszcze o sukcesie, bo plon poznam dopiero po przymrozkach, gdy wykopię z pod ziemi słodkie bulwy jakona.

No i co za niespodziankę mi ta kukurydza sprawiła? Ano po raz pierwszy mam w Ostoi grzyb, zwany głownią guzowatą. Rośnie on na ziarnach ukrytych w kolbach i mówi się u nas, że powoduje chorobę zwaną głownią guzowatą kukurydzy. Tymczasem, Aztecy dawniej i Meksykanie dziś uznają ten grzyb za przysmak i nawet specjalnie infekują zarodki w kolbach, aby grzyba było więcej. No cóż - co kraj, to obyczaj. Nie mogłem się oczywiście oprzeć, aby grzyba nie zebrać i nie skosztować. Powiem tak - niczego specjalnego w jego smaku nie odnalazłem, ale jadalnym jest niewątpliwie. Jeżeli jeszcze kiedyś się u mnie pojawi (co jest niewykluczone, bo nie zamierzam tego grzyba zwalczać), na pewno zostanie spożyty, ku chwale ogrodu.

Uprawa alejowa w moim wykonaniu musi się "sama finansować", czyli niczego nie zwożę, aby ją przygotować. Biorę kosę, maszeruję do leśnego ogrodu, kosze międzyrzędzia, koszę kwietną łąkę, a gdy pokos nieco podeschnie i wysypie nasiona, zgarniam go i formuję w alejach "grządki". Ma to w sobie coś z Ruth Stout, niekwestionowanej królowej ściółkowania sianem, ale ma też coś z Ernsta Götscha, twórcy rolnictwa syntropijnego. Dodając do tego, że w leśnym ogrodzie posadziłem trójki drzew na wzór Stefana Sobkowiaka, węszę tu srogi melanż, który mam nadzieję, nie skończy się bólem głowy. Jak mawiał pewien znany mistrz sztuk walki i aktor - odrzuć, co bezużyteczne, wchłoń co przydatne. 

Kolejne plony płyną szerokim strumieniem, a dni coraz krótsze. Trzeba przyznać jednak, że nastąpiła wyraźna zmiana warty - powoli mówimy adios cukiniom, a z radością witamy bogactwo dyń. Ten rok jest niezwykle obfity w miechunki pomidorowe, powoli wyczerpują mi się pomysły na nowe potrawy z ich udziałem. Regularnie i nieustannie plonuje fasolka szparagowa - to efekt siana małych ilości co tydzień, przez wiele tygodni. Nie sposób przejeść sałatowych listków, od dawna już nie zbieram całych główek, i ta metoda, podskubywania od dołu, sprawia, że pomimo mikroskopijnej uprawy, sałaty ci u nas dostatek. Jeszcze nigdy w Ostoi nie było takiego bogactwa selera i pietruszki naciowej. A ponieważ marchew i pietruszkę korzeniową wyrywam tylko wtedy, gdy jest potrzebna, to "pokutują" one nadal na grządkach, gdzie miałem zamiar siać ozimą cebulę i szpinak. No i powiedzcie, jak żyć?

Będąc wiernym Ostojowej tradycji, robię doroczne selfie z warzywem, w trakcie zbiorów i ganiania od grządki do grządki. Kolejny rok, kolejne selfie, pierwsze jesienne liście i gdzieś tam w głębi, przysłowiowa smuga cienia. Myślę, że w czasach, w jakich przyszło nam dziś żyć, ogród i żywność, którą nas obdarza, są lekami, których bardzo, ale to bardzo nam potrzeba. Praca w ogrodzie, w każdą pogodę, kontakt z żywą ziemią, z niepoliczalną armią pożytecznych mikroorganizmów jakie w niej żyją, w ciągłym kontakcie z wodą i wiatrem, praca mięśni pchających taczkę, przerzucających kompost, kopiących dołki pod nowe drzewka, rąbiących drewno na opał, podnoszących korpusy uli pełne brzęczących pszczół, noszących dynie i inne plony w ilościach hurtowych - to wszystko wpływa na naszą odporność, psychiczną i fizyczną. Jak mawiał mistrz Bill Mollison - to my musimy wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za los nasz i naszych bliskich, nie liczmy, że zrobią to koncerny farmaceutyczne.

W miarę możliwości, staram się na kwadrans przed zachodem słońca pójść na krótki spacer, który zwykle kończy się kilka minut po tym, gdy zajdzie słońce. Idę w kierunku rzeki, ale ostatnio jedynie udaje mi się dotrzeć do starorzeczy, gdzie rozgrywają się sceny spektakularne, jak dla mnie. Pan Bambi już nie szczeka, a gapi się jedynie na mnie w chwilach pomiędzy kolejnym kęsami łąkowej roślinności. Ja stoję patrząc się na Bambi, on żre i łypie okiem. Oddziela nas wąziutki skrawek wody, starorzeczem wstyd by go nazwać, ale tym właśnie jest. Słyszę w nim plusk, patrzę - płynie bóbr. Wlecze wielki kij. Usiłuje się wpasować w wąski przesmyk, ale kij mu nie pozwala, wygląda jak wielki kontenerowiec, który utkwił w Kanale Sueskim. Po chwili, fuka coś po bobrowemu, zostawia kij i znika, a ja powracam wzrokiem na łąkę, a tam Bambi nadal degustuje ostrożenie i wiązówki, najbardziej typową roślinność mojej łąki. Takie rzeczy tylko w Ostoi. 





3 komentarze:

  1. Jakże miło przeczytać taki post w tym zwariowanym świecie:-) Też mamy Bambi, parkę, dziś ona podeszła pod dom, przechyliła główkę i nasłuchiwała, jak pies dzwoni blaszaną miską wylizując śniadanie. A on, skurczybyczek, "pałował" gałąź jabłoni w sadzie, mrugnęłam kilka razy światłem w kuchni, popatrzył i poszedł na jabłka. Zbieram orzechy, wiatr strąca je dziś obficie, na dole ja, na górze wiewiórki, od czasu do czasu cmokając na mnie:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać są różne lokalne dialekty wiewiórek - moje raczej fukają na mnie i mojego kota :) Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. ja również pozdrawiam dziękując za posta i piękne zdjęcia, przynoszące pociechę i nadzieję, że wiele jest możliwe...

    OdpowiedzUsuń