niedziela, 25 grudnia 2016

Lekcje roku 2016

Uczestnicząc w życiu różnych internetowych społeczności, często pod koniec roku otrzymywałem maile od ich liderów, lub natykałem się na wpisy na blogach i forach, poświęcone temu, czego w danym roku się nauczyli, co ich zaskoczyło, co się powiodło, a co nie bardzo. Koniec roku podobno skłania ludzi do takich refleksji. Podobno, bo do tej pory nigdy nie przyszło mi do głowy, aby takie rozważania prowadzić. Aż do tej chwili. Myślałem, jak zakończyć ten rok na blogu i cóż, nie wymyśliłem nic lepszego, jak napisanie Wam, Drodzy Czytelnicy o tym, czego się w tym roku nauczyłem. Wybaczcie nieuczesanie tych lekcji, ale dokładnie w taki sposób były mi one udzielane, są więc nieco od Sasa, do, nomen omen, lasa.

Rok zaczął się od niespodziewanego dopływu pięknych permakulturowych i ogrodniczych lektur, otrzymanych dzięki uprzejmości i współpracy z permies.com. Lektury pochłaniałem jednym tchem. Każda z nich nauczyła mnie czegoś, każda zainspirowała też do zadania pytań autorom. Odkładałem to jednak, chłonąc kolejne lektury. Rok 2016 zabrał dwóch autorów książek ze zdjęcia, nigdy więc już nie nadarzy się sposobność, aby ich o cokolwiek zapytać. Rok ten zabrał nie tylko Toby Hemenwaya i Mela Bartholomew, odszedł także Mike Oehler, mistrz budowy super tanich schronień i domów oraz wielki Bill Mollison, twórca permakultury. Śpieszmy się więc pytać mistrzów, tak szybko odchodzą. Mój powracający sen o Billu odwiedzającym Ostoję i bezlitośnie krytykującym moje poczynania nigdy się już nie spełni, ale będę dalej działał tak, jakby miał on się ziścić jutro.

Kolejny raz swoją klasę potwierdziły moje donice podsiąkowe, które okazały się prawie najmniej pracochłonne. Prawie, bo przegrały z czymś nowym, o czym dalej. Dostałem jednak po nosie uzupełniając żyzność donic kompostem spoza Ostoi (gdzie kompostu nigdy jak na razie nie ma wystarczająco dużo), albowiem okazał się pełen nasion wszystkiego - blisko 30 gatunków nieposianych przeze mnie wyrosło w donicach, obok tego, co posiałem. Celowo nie piszę "chwastów" bo wiele z tych roślin przydało się - gwiazdnica świetnie smakuje, a nasiona ostropestu są lecznicze. W przyszłości jednak nie zamierzam do donic dodawać kompostu spoza Ostoi.

Eksperymenty, takie jak testowanie nowych odmian i gatunków roślin są fajne, ale niezwykle zwiększają pracochłonność. Nauczyło mnie tego 28 odmian pomidorów jakie przetestowałem w tym roku. Było to bardzo pouczające doświadczenie, wskazało bowiem odmiany, które w Ostoi najlepiej się sprawdziły, oraz takie, których nie warto tu uprawiać. Było to jednak takie doświadczenie pierwsze, i ostatnie. W następnych latach będę uprawiał cztery sprawdzone odmiany, i dodam jako testowe dwie - cztery nowe, nie więcej. Testując po tylko tyle nowych odmian co roku, pogodzę dobre plonowanie z racjonalnymi nakładami pracy i pasją do eksperymentowania, znajdując (oby) złoty środek.

Hitem i odkryciem roku 2016 okazała się dla mnie uprawa w workach. Nauczył mnie jej Larry Hall, mistrz "dziwnych" upraw, między innymi systemu uprawy z wykorzystaniem rynien do nawadniania (której to metody nie dałem rady spróbować, przeszła na rok 2017). Każdy, kto przebrnie przez pracochłonny etap przygotowania podłoża do worków (lub leniwie zakupi gotowe, o co wbrew pozorom w Polsce nie będzie łatwo), będzie zachwycony tym, jak mało pracy wymaga taka uprawa. W kolejnym roku na pewno będę kontynuował próby z nią związane, bazując na tegorocznych doświadczeniach. Co by jednak nie mówić, takich pomidorów jak w workach, nigdzie indziej pod gołym niebem nie udało mi się uzyskać.

Walka z naturą zawsze ma zgubne konsekwencje, dla natury i dla człowieka, który jest jej częścią. Powinienem oczywiście to wiedzieć, i tak naprawdę wiedziałem, ale wiedzieć to jedno, a rozumieć to drugie. Hugel, czyli wysoka, wypełniona drewnem grządka jest magnesem dla wszelkich zwierząt - od mrówek począwszy, przez zaskrońce, po ptaki. Okoliczne leśne ptaszyska, ze szczególnym uwzględnieniem kosów, uwzięły się na nasiona i siewki pracowicie na huglu wysiewane i kiełkujące. Aby zapobiec grabieżom, pomiędzy powierzchnię gleby a ściółkę wprowadziłem plastikową siatkę, co okazało się być pułapką dla zaskrońców. Biedaki utykały w niej, szukając drogi do swoich korytarzy pod huglem. Przez jakiś czas uwalniałem te biedne gady, wsadzałem do wiaderka i wynosiłem z podwórka do ich naturalnego środowiska, w ostępy nad Rawką, ale one z uporem maniaka powracały. Po siedemdziesiątym wężu poddałem się, nigdy więcej takiej siatki.

W przyrodzie nie ma odpadów, więc i my powinniśmy innym okiem patrzeć na wszystko, co nam zalega, przeszkadza, jest niepotrzebne. Rama starego tapczanu, resztki trawy morskiej z materaca, na wierzch nieco zrębki, trochę niezbyt ładnych bulw topinambura i kiełkujących ziemniaków, zeszłoroczne nasiona bobu i fasoli, no i mamy całkiem fajną grządkę, która bez żadnej w sumie opieki dała na koniec roku sumę zbiorów o objętości połowy dużego wiadra. A w kolejnych latach może być tylko lepiej - wystarczy dodawać ściółki na wierzch i albo pozostawić topinambury aby się rozrastały, albo sadzić inne rośliny, a z czasem na ugorze gdzie założyłem grządkę powstanie dobra gleba, rama się rozpadnie i nie będzie po niej śladu, a jako bonus, będzie też co włożyć do garnka. Najprostsze sposoby z reguły okazują się najskuteczniejsze i najmniej pracochłonne.

Nobel w kategorii recyclingu i funkcjonalności idzie do nadstawek do palet - okazały się tegorocznym strzałem w dziesiątkę. Można w skrzyniach z nich zbudowanych nie tylko przechowywać zrębki, nawóz od sąsiedzkich zwierząt, ściółkę czy kompost, ale również wykorzystać jako obramowanie małej grządki wyniesionej, przy czym w każdej chwili można takie obramowanie złożyć, przenieść czy schować. Najbardziej sobie cenię możliwość regulacji wysokości, która znakomicie ułatwia wybieranie ze skrzyń wszystkiego, co się w nich przechowuje. Mam jeszcze kilka innych pomysłów na wykorzystanie tych nadstawek, ale o tym w następnym roku.

Zupełnie nie doceniłem wydajności permakulturowego ogrodu i "dałem ciała" na całej linii w (wątłej) materii podpór - generalnie nie wytrzymały one masy plonów. Myślałem, że w małych workach pomidorom wystarczy podpora z siatki ogrodzeniowej, niestety - siatka pod ciężarem owoców złożyła się jak domek z kart. Podobnie, plastikowa siatka szklarniowa do uprawy ogórków, napięta na sznurkach nad kostkami słomy, nie utrzymała rosnących na kostkach pomidorów. Muszę gruntownie przemyśleć temat podpór, bo nic nie jest tak przykre, jak prawie dojrzałe pomidory, ogórki czy melony, które burzowy wiatr wraz z podporami rozciąga na ziemi.

Rok 2016 był dla mnie rokiem ziół - bardzo wiele się o nich nauczyłem, bardzo wiele pracy włożyłem w lepsze ich poznanie. Lekcją najważniejszą odnośnie ziół było to, że lepiej jedno zioło poznać w stu aspektach - metodach zbioru, przygotowania, zastosowania i przechowywania, niż sto ziół pobieżnie, I tak jak w przypadku nowych odmian pomidorów, przyrzekłem sobie solennie nie szaleć w następnych latach, a raczej wziąć na celownik jedno-dwa-trzy zioła i skupić się na gruntownym ich poznaniu. Jeśli co roku uda się taką taktykę powtórzyć, to za jakiś czas powinienem mieć solidny fundament wiedzy, a nie "zamek na piasku". Oczywiście pierwszeństwo mają te zioła, które rosną już w Ostoi, i w jej najbliższej okolicy. Przełomem stało się odkrycie stanowiska wrotyczu bliziutko, a potem zagłębienie się we właściwości tej cudownej rośliny, zastosowanie jej na sobie, gdy nastała taka konieczność i obserwacja min doktorów, którzy nie bardzo mogli uwierzyć w efekty.

Zarówno w Ostoi, jak i poza nią, miałem okazję poopowiadać innym o permakulturze. Nauczyłem się, że czasami mówię do osób, które spotykam przypadkowo, które znalazły się na kursie lub warsztatach z musu, które marzą tylko o tym, aby móc zatopić wzrok w ekranie swojego smartfona i nie musieć słuchać jakichś opowieści dziwnej treści. Takie osoby, z reguły młode, ale nie tak bardzo - takie co już utraciły dziecięcą ciekawość świata, ale nie nabrały jeszcze charakterystycznej dla dorosłości praktycznej ciekawości, potrafią doprowadzić prelegenta do rozpaczy, jeśli nie jest on na ich obecność odpowiednio przygotowany. Warto jest mieć w zanadrzu parę spektakularnych tricków, pokazów, opowieści i anegdot, które choć na jakiś czas będą w stanie oderwać młode główki od fejsa i tindera. Jakich? Tego dokładnie nie zdradzę, ale musi być ... spektakularnie ;) Wiele takich możliwości daje ... energia Słońca.

 A gdy okoliczności uniemożliwiają poważne prace "polowe" i permakulturowanie na łonie przyrody w Ostoi, to warto jest też mieć w zanadrzu coś, co pozwoli kultywować swoje pasje niemal w dowolnym miejscu. Ja w tym roku odkryłem uprawę mikrozieleniny, czyli tak zwanych microgreens, różniacych się od popularnej uprawy kiełków między innymi tym, że uprawia się ją nieco dłużej i w niewielkiej ilości gleby. Jak dla mnie mikrozielenina jest doskonałym uzupełnieniem miejskiego jadłospisu, możliwym do wyhodowania o każdej porze roku, bez większego wysiłku. Temat ten na pewno będę zgłębiał w następnym roku, koncentrując się nie na zwiększaniu produkcji, ale na jak największej koncentracji składników odżywczych w moich mikrozieleninkach. A wszystko pod kontrolą refraktometru.

Jednoosobowe, weekendowe, intensywne gospodarowanie w Ostoi z jednej strony stanowi doskonałą odskocznię od miejskiego życia, z drugiej jednak czasami jest w stanie w jeden dzień zedrzeć do cna parę grubych skórzanych rękawic, a co dopiero siły pana w średnim wieku. Dlatego też coraz bardziej prace w Ostoi idą w kierunku tworzenia systemów wieloletnich i samoobsługowych po to, aby z każdym rokiem pracy ubywało. Oczywiście, nigdy raczej nie nadejdzie taki moment, aby całkowicie spocząć na laurach, ale trzeba respektować znaki, które daje ciało i umysł, i wiedzieć, kiedy zwolnić. Odkryciem bardzo pomocnym w tym zakresie okazuje się być ekologia leśna, w wydaniu Marka Sheparda, autora książki "Restorative Agriculture". Walka z lasem otaczającym Ostoję ze wszystkich stron jest bezcelowa, z drugiej strony las to nie Borg, który pragnie wszystkich zasymilować. Manipulując stadiami sukcesji, można z nim żyć w zgodzie i korzystać z dobrodziejstw jakie oferuje, należy jednak odłożyć na bok własne wizje i posłuchać, co radzi las.

I tak oto wygląda mój Ostojowy rok 2016 w pigułce. Wszystkim, którzy odwiedzili ten blog w odchodzącym roku serdecznie dziękuję za Waszą tu obecność, Wasze odwiedziny są dla mnie inspiracją do dalszych działań i pisania. Życzę Wam i sobie, abyśmy wszyscy mieli wiele okazji, aby spotkać się tu ponownie w nadchodzącym roku 2017 i aby rok ten przyniósł Wam wiele radości i sukcesów we wszystkim, co Was rajcuje i co kochacie. Dobrego 2017!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Małe objawienie

Obiecywałem sobie solennie, że w tym roku kalendarzowym koniec już z sadzeniem czegokolwiek w Ostoi. Że pora odłożyć ogrodnicze sprzęty do lamusa i pożegnać się z nimi do wiosny. W swoim postanowieniu wytrwałem dokładnie dwa tygodnie. A stało się tak z przyczyny poniekąd ode mnie niezależnej.
Początkiem wszystkiego była rozmowa z moim nauczycielem i mistrzem, Geoffem Lawtonem, dotycząca wzorców w naturze i projektowaniu permakulturowym. Pytałem Geoffa o to, skąd wie który z wzorców jest w danym projekcie najbardziej odpowiedni, jak dobrać ten najwłaściwszy.
Geoff odpowiedział mi, że "wzorce często wyłaniają się z praktycznego zastosowania zasad projektowania permakulturowego, jako dyrektywa do działania. Cofnij się i obserwuj jak Twój projekt rozwija się od analiz do form, które harmonizują z krajobrazem lub Twoją konkretną sytuacją, a zwykle forma wzorca nagle objawi Ci się - i wtedy masz pełne prawo stosować, powiększać i rozwijać ten wzorzec."

Jest taki fragmencik podwórka Ostoi, który od dawna nie bardzo mi pasował do układanki. Bo od wschodu dom, od zachodu wysokie brzozy, płot i las, od południa górujący nad wszystkim maszt piorunochronu i jeszcze na dodatek dojazd do szamba zostawić też trzeba. Różne mi się w głowie kołatały koncepcje, ale nie bardzo wiedziałem jak temat ugryźć.
I przyszedł ten moment, gdy stanąłem twarzą na północ, ze wzrokiem utkwionym w zeschłe trawy i liście, i poczułem, że wszystko się układa i że musi być wykonane teraz, zaraz, natychmiast.
"Rzutem na taśmę" zakupiłem kilka drzewek i krzewów, dobierając je do suchej piaszczystej gleby i małej ilości słońca. Gdy dotarły do Ostoi, rozpoczął się sobotnio-niedzielny maraton łopatowo-taczkowy. Drzewka i krzewy zostaly posadzone, a wokół każdego z nich pieczołowicie poukładałem mokre gazety. Następnie zlałem solidnie glebę wodą, posypałem odrobiną zrębki i wyłożyłem kształty przyszłych grządek mokrymi gazetami i tekturą falistą.

Zacząłem nadawać kształt grządkom, ściółkując je zrębkami i liśćmi, starając się myśleć głównie o wodzie, spływającej z północnego wschodu, o słońcu, dochodzącym tu z południa i sunącym na zachód za brzozy i las, no i o taczce, którą muszę móc się między grządkami poruszać. Sterta zrębki za płotem malała gwałtownie, ale nowe grządki zaczynały nabierać realnych kształtów. Zapadająca noc przerwała prace sobotnie, ale w niedzielny poranek wszystkie elementy układanki znalazły się na swoim miejscu.

Ledwie skończyłem, a pogoda dobitnie dała mi do zrozumienia, że pora jednak kończyć ten sezon. Wiatr, gradobicie i deszcz ogłosiły szumnie koniec prac na niedzielę. Nowe grządki jednak będą "pracować" całą zimę, stając się siedliskiem grzybni, dżdżownic i innych mikro i makroorganizmów, które przekształcą trawiaste klepisko w miejmy nadzieję bujnie rosnący fragment ogrodu. Wraz z tą spontaniczną akcją zaskoczyły na swoje miejsce pozostałe fragmenty układanki, czyli wiosenne nasadzenia dla świeżo wykonanych grządek, dalsze prace z tej strony domu, a koncepcja całej zachodniej strony podwórka zaczęła składać się do kupy jak klocki Lego. Warto było poczekać, poobserwować, nie robić ... dokładnie tak, jak poradził Geoff. teraz pozostaje tylko ten wzorzec powiększać i rozwijać.
Mała rzecz, a cieszy, takie nagłe objawienie i robota, było nie było, nieplanowana, po zamknięciu sezonu wymyślona i ukończona.

sobota, 19 listopada 2016

Zdążyć

Jeden z ostatnich tegorocznych weekendów przedzimowych w Ostoi wypełniony był pracą po brzegi. To ostatnia okazja aby posadzić jeszcze nieco drzewek i bylin. Setka rokitników i glediczji trójcierniowych znalazła nowy dom na skraju piaszczystej skarpy zwanej Zajęczą Górką. Nazwa jest bardzo adekwatna, konieczne więc było zabezpieczenie drzewek przed kłapouchami. Miejsce jest niezwykle niegościnne dla roślin, przez dziesięciolecia nie wyrosło tu nic poza mchami, porostami, odrobiną traw i wrzosu. teraz z wolna zaczynają je kolonizować sosny-samosiejki, próbuję więc nadać mu bardziej urozmaicony charakter, sadząc gatunki wiążące azot z powietrza i zwiększające żyzność gleby. Jeśli dziki nie wyryją, łosie, sarny, jelenie i daniele nie zniszczą a i ludzie nie pokradną, może coś z tego będzie ...

Drzewa niejednokrotnie zadziwiają swoją wolą życia. Niedaleko Ostoi, w miejscu, gdzie wiele lat temu spłonęło gospodarstwo, stoi sobie ten oto okaz - trafiony przez piorun, osmalony w pożarze, spróchniały i zgrzybiały, podziobany przez dzięcioły, a teraz jeszcze wyrzeźbiony przez szalonego bobra-artystę, który jednak musiał ugiąć się przed twardością gruszy. Drzewo nadal żyje, choć nie owocuje już. Drzew tak zniszczonych, a trwających jest w okolicy wiele, podziwiam te uparte okazy. Dlatego tak uparcie próbuję sadzić drzewa w Ostoi, pomimo wszelkich przeciwności, bo jest nadzieja, że choć kilka z nich przetrwa i rozrośnie się, a gdy to nastąpi, całe ich otoczenie zmieni się na korzyść. Jedyne, czego żałuję, to że drzewa te nie trafiły do Ostoi wiele lat temu. No ale jak to mówią, lepiej późno, niż wcale. Może jeszcze urosną i zdążę się nimi nacieszyć. A jeśli nie, to posłużą innym, i przyrodzie.

Gdy już uporałem się z drzewkami, przyszła pora na dwieście bulw krokusów i żonkili, które sadzę na obrzeżach leśnego ogrodu. Rośliny te skutecznie odstraszają gryzonie, tak przynajmniej wieść gminna głosi. Powinny również stanowić barierę dla traw i utrudnić ich wnikanie na grządki. Dodatkowo, cudownie wiosną wyglądają. Gdy bulwy są już w ziemi, biorę się za ostatnie ściółkowania grządek. Jak zwykle, brakuje mi materiału, chociaż wszystkie liście skrupulatnie wykorzystuję, chociaż dorzucam słomy i siana, chociaż resztki zrębki zużywam. Mało, mało i zawsze mało. Piachy Ostoi chłoną materię organiczną jak gąbka.

Ledwo kończę, a tu zaczyna się ściemniać i prószy pierwszy śnieg. Chciałbym, aby skoro zdążyłem ze wszystkim, padał teraz i padał, otulał ziemię, i grządki, i drzewka i te nieszczęsne dwieście żonkili i krokusów. Czekam od kilku lat na taki porządny śnieg, taki, w który można zanurkować prosto z sauny i zrobić przysłowiowego orła. Taki, który nie zniknie aż do wiosny i wreszcie zapewni ochronę przed mrozem glebie przez cały okres zimowy. Jak będzie, pożywiom-uwidzim, jak mówią bracia ze wschodu. Na razie nie wygląda na to, wrzosy wróżą zimę zmienną, z okresami bez śniegu. Wrzosową wróżbę zapisałem na karteczce i zweryfikuję na wiosnę. A tymczasem, wracam do miasta, aby zdążyć przed korkami na A2.

niedziela, 30 października 2016

Schyłek

Brak przymrozków i częste opady sprzyjają sadzeniu drzew w Ostoi. Ostatnio przybyło 15 drzew owocowych, którym towarzyszą rokitniki i syberyjskie karagany. Te dwie rośliny mają to do siebie, że wiążą azot z powietrza, czym przyczyniają się do wzrostu żyzności gleby. Uparłem się na nie, pomimo tego, że poprzednie próby ich wprowadzenia do Ostoi zawiodły. Tym razem, aby nie padły łupem zajęcy i saren, sadzę je razem z drzewami owocowymi, w obrębie płotu. Dodatkowo, staram się ujarzmić piachy Ostoi przy użyciu róż, dzikiej i pomarszczonej.

Drzewka staram się sadzić tak, aby tworzyły linie zgodne z ukształtowaniem terenu - każda linia drzew jest jak poziomica na mapie. Dzięki temu nie rosną też w równych rzędach jak w przemysłowych sadach, ale w sposób bardziej naturalny. Pomiędzy drzewka owocowe wplatam glediczje trójcierniowe, wyhodowane własnoręcznie z nasion, a więc jeszcze malutkie, one podobnie jak rokitniki i karagany wiążą azot z powietrza, ale na razie niemal ich nie widać. Na tym etapie dosadzam jeszcze kłącza żywokostu, rośliny która korzeniem sięga w głąb ziemi i wydobywa z niej minerały, oraz truskawki z własnego chowu, które wraz z dosianą wiosną koniczyną mają stworzyć okrywę dla grządek.

Oczywiście nie może zabraknąć grzybów, których obecność jest niezwykle istotna dla drzew. Zbieram więc różne gatunki z terenu i umieszczam w ściółce grządek, w postaci końcówek korzenia oraz zawiesiny z rozdrobnionych kapeluszy. Mam nadzieję, że podobnie jak w innych częściach Ostoi, przyjmą się dobrze. Obecnie w ogródkach królują muchomory czerwone, na podwórku jest ich wielokrotnie więcej niż w lesie, co pokazuje, że coś robię dobrze, A nie jest to tak bardzo skomplikowane - grzyby uwielbiają ściółkę ze zrębki, a jej używam niemal wszędzie.

Dwadzieścia metrów od podwórka zamieszkał bóbr. W tydzień skosił dwie duże osiki. Miałem inne plany, ale trzeba było pociąć i zwieźć. Pod górkę, taczką. Teraz każdy pieniek na pół, a potem porąbać. Będzie opał na ćwierć zimy, za rok czy dwa, jak wyschnie. Osik jest jeszcze kilkadziesiąt. Napoczął cztery kolejne ...
Te napoczęte poowijałem siatką, a najgrubszą owinąłem ... sprężynami z materacu starego łóżka. Miałem zamiar wykorzystać te sprężyny inaczej, jako stelaż do wiszącego, pionowego ogródka ziołowego, ale na razie i tak na to nie pora. Tym sposobem, ostatnia część starego tapczanu została "zrecajklowana". Absolutnie nic nie trafiło do śmieci. Fajnie, prawda?

To już ostatni moment, gdy widać liście dębu - bo oświetlają je ostatnie promienie zachodzącego słońca, no i maluczko, a wszystkie liście opadną. Dzień się zbliża do końca, dąb się tuli do płotu, a płot się chyli ku upadkowi, trzeba będzie się nim poważnie zająć na wiosnę. A tymczasem, u schyłku października łapię te ostatnie promienie i moment odpoczynku, po dniu solidnie przepracowanym. W kolejnych tygodniach jeszcze parę rund grabienia liści, jeszcze nieco ściółkowania grządek, podsypania kompostem tu i tam, i sezon ogrodniczy 2016 będzie można uznać za ostatecznie zamknięty. Nastanie czas odpoczynku od sadzenia i zbiorów, ale i oceny tego, co się udało, a co nie, i snucia planów na kolejny rok. Ale zanim to nastąpi, pora zająć strategiczną pozycję przy piecu i rozgrzać się nieco, bo Słońce zniknęło za horyzontem, pohukuje samica puszczyka, a z nieba mży. Taki to koniec kolejnego Ostojowego dnia....

niedziela, 16 października 2016

Wydarzenia

Ostatnio ktoś mnie zapytał, dlaczego, pomimo zaproszenia na Facebooku, nie pojawiłem się na wydarzeniu. Wydarzenie, jak zdecydowana większość wszystkich, miało oczywiście miejsce w weekend, a weekend jak wiadomo, jest czasem Ostoi. To tu mają miejsce wydarzenia wymagające mojej obecności. Tak jak w tym tygodniu, grubo po terminie przyszła dostawa krzewów, jagody kamczackiej i borówki amerykańskiej, tak pięknie się kurier z paczką obchodził, że roślinki z doniczek powypadały. O dziwo, niemal żadnych złamań i urazów, ale do sadzenia trzeba było przystąpić niezwłocznie.

 Sąsiad pogłębił bajorko na łące, na granicy naszych działek. Maluczko, a pojawił się bóbr i z racji tego, że sąsiad drzew nie posiada, zaczął maltretować moje. Jak na razie zabrał się za dwie grube osiki, których już nie ma sensu próbować ratować, ani chybi zwalą się do sąsiadowego bajora. Bo bóbr to cwana bestia, potrafi podciąć drzewo tak, aby upadło, gdzie mu pasuje. Bóbr wygląda na młodzieniaszka, który założył pierwszą siedzibę, maluczko, a zaraz przygrucha sobie pannę i założą szczęśliwą bobrową rodzinę z wianuszkiem dziecisków. Biedne moje drzewa z jednej strony, z drugiej będzie sporo drewna bez pozwoleństw i ceregieli. Wydarzenie ambiwalentne - drewno potrzebne, ale drzew żal. A bobra tego akurat ciężko podejść, dwie dotychczasowe próby spełzły na niczym. Tak więc zamiast zdjęcia delikwenta, na razie jedynie jego dzieło.

 Mówią październik, a jest listopad - bo liście lecą na potęgę. Jak już wielokroć pisałem, w kwestii materii organicznej "nie oddamy nawet guzika". Grabię więc i grabię, i pakuję w kompostownik. A ponieważ obecnie zdecydowana większość to liście klonu, które bardzo trudno i powoli się kompostują bez rozdrabniania, przerzucania i dodawania substancji bogatych w azot, to w ramach Ostojowych eksperymentów próbuję skompostować je metodą bokashi. Został mi woreczek startera kompostowego bokashi, który jest już przeterminowany (ale ledwie o kilka dni), przesypuję tym więc warstwy klonowych liści z lekką domieszką lipowych, oraz traw. Warstwy mocno ubijam, albowiem kompostowanie bokashi to proces beztlenowy, staram się więc aby pomiędzy liśćmi było jak najmniej powietrza. Jako efekt uboczny, więcej można wcisnąć do kompostownika. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, będzie to z wielką korzyścią dla Ostoi - poprzednie liście klonu uległy całkowitemu rozłożeniu po trzech latach, tu mam nadzieję na ich rozkład do wiosny.

 Odrobinkę ostatnio popadało i dzięki temu na wszystkich grządkach roi się od grzybów, grzybków i grzybeńków. Są przepiękne czerwone muchomory, są jakieś średniej wielkości grzyby blaszkowe bliżej mi nieznane, są malutkie grzybki z kapelusikami podobnymi do łysiczek (ale to nie one niestety), są grzybki jeszcze mniejsze lejkowate, a wystarczy rozgarnąć ściółkę aby przekonać się, że jest w niej po prostu biało - tak duża jest ilość grzybni w zdominowanej przez zrębki z drzew liściastych ściółce.
 Wysypy grzybowe, jakichkolwiek gatunków, są wydarzeniami w dużej mierze zaplanowanymi - tak miało być, po to gleba została tak, a nie inaczej wyściółkowana. Jednakże, nie wszędzie grzyby są takie, jakie sobie wymarzyłem. W miejscu, gdzie poprzednio rosły pierścieniaki jadalne, i skąd grzybnię przeniosłem w kilka innych miejsc, w tym roku dominują inne gatunki. Pierścieniaka jadalnego nie ma ani jednego. Wygląda na to, że owocowaniem grzybów też kieruje swoista sukcesja - w tym roku te, w następnym inne, Po raz kolejny okazuje się, jak wiele racji jest w permakulturowej zasadzie "Obserwuj i współdziałaj", która uczy nas, że nasze koncepcje to jedno, a to co robi przyroda to drugie. Trzeba więc patrzyć uważnie na jej działania i dostosowywać się do nich, zamiast walczyć z nimi nieustannie.

Kiedyś pewnie przyjdzie ten dzień, że można będzie odpuścić. Wybrać się tu czy tam, na wydarzenie czy warsztaty, do kina czy na basen, na dłuższy wypad z noclegiem czy zgoła na pieszą lub rowerową wędrówkę. A na razie, gdy zmierzch i zdrowy rozsądek podpowiadają, że pora skończyć pracę na dziś, pozostaje pogapić się w ogień w piecu, przemyśleć dzień dzisiejszy, i pomyśleć o tym, co zrobić jutro. Myśli spowalniają, piec promieniuje, za oknem ciemno choć oko wykol, a leciutki deszczyk szemrze po dachu i sączy rynnami senną kołysankę. Na dach szopy wiatr strącił gałąź z łomotem i gdy już zapadam w sen, uśmiecham się do myśli, że było to największe wydarzenie tego wieczoru.

poniedziałek, 19 września 2016

Wykopki i zbiory


W Ostoi od samego początku eksperymentuję z metodami uprawy ziemniaków. Głównym celem eksperymentów jest dobranie takiej metody, która wymaga jak najmniej pracy, zabiegów, podlewania, a jednocześnie daje w miarę dobre plony, przy czym ziemniaki mają być zdrowe i smaczne. Twórca permakultury Bill Mollison pisał kiedyś, że ziemniaki można ułożyć na betonie, przykryć słomą, od czasu do czasu podlewać, a na koniec sezonu zebrać. Paul Gautschi z kolei uprawia swoje ziemniaki pod grubymi warstwami zrębki, zaglądając do nich raz w troku - dzień zbioru jest również dniem sadzenia - po prostu kilka zostawia pod zrębką na przyszły rok.

O tym, że testuję metodę Paula Gautschi pisałem jakiś czas temu, pisałem również o uprawie w workach, oraz w tak zwanych wieżach ziemniaczanych. W tym roku do wszystkich tych metod dołączyłem jeszcze metodę podobną do opisywanej przez Mollisona, ale z uwagi na brak nawierzchni betonowych w Ostoi, ziemniaki umieszczone zostały po prostu na powierzchni gleby - na suchym, zbitym piachu podwórka. Przykryte zostały słomą i może ze dwa-trzy razy w ciągu sezonu obficie podlane. I właśnie ta metoda w tym roku okazała się najlepsza - wymagała najmniej pracy, najmniej podlewania, a zbiór polegał po prostu na uniesieniu warstw słomy i zebraniu czyściutkich ziemniaczków z powierzchni ziemi. Ładnie się udały zarówno ziemniaki "tradycyjne", jak i fioletowe, które pierwszy raz w tym roku uprawiałem. Warto się do uprawy ziemniaka przyłożyć, bo nic tak nie cieszy, jak własne ziemniaczki obtoczone we własnych ziołach, upieczone  na własnym drewnie we własnym piecu.

Skoro już jesteśmy przy dziwnych roślinach jakimi niewątpliwie są fioletowe ziemniaki, to równie dziwny jest fasolnik chiński - roślina motylkowa o niezwykle długich strąkach wypełnionych małymi nasionami. Strąki ugotowane mogą stanowić "roślinne spaghetti", starsze strąki można łuskać i wykorzystywać kulinarnie ziarenka. Fasolnik wiąże azot z powietrza, użyźnia więc glebę, a jedyną niedogodnością jest to, że jest rośliną ciepłolubną i w Ostoi udaje się tylko z rozsady. Dotychczasowe próby wysiania go do gruntu aby towarzyszył innym roślinom w polikulturze  jako pnącze całkowicie zawiodły.

Nie samymi ziemniakami człowiek żyje, zbieram więc ostatnie ogórki, melony i na nowo owocujące truskawki. Powoli zaczynają być gotowe do zbioru kabaczki i cukinie. Trwa pomidorowe szaleństwo, tylu pomidorów, ile w tym roku jeszcze nigdy nie było. Jestem dosłownie zasypany małymi pomidorkami koktajlowymi. Duże pomidory powoli się kończą, jeszcze tylko najpóźniejsze odmiany próbują dojrzeć. W swojej nadgorliwości zabiłem niestety kilka krzaków, obcinając zbyt wiele liści od dołu, tam jednak, gdzie zrobiłem to poprawnie, nie ma juz prawie niedojrzałych owoców.

Na największym talerzu jaki mam mieszczą się średnio dwa plasterki pomidorowego szczęścia. Z takich właśnie okazów wybieram nasiona. Dwa dni fermentują w wodzie aby ułatwić pozbycie się galaretowatej osłonki, a następnie płukane są na sitku zimną wodą, i suszone. O ile w tym roku niemal wszystkie nasiona pomidorów pochodziły spoza Ostoi, o tyle na przyszły rok planuję skorzystać wyłącznie z tego, co sam teraz zbiorę. Dotyczy to zresztą nie tylko pomidorów, ale i innych roślin, ze szczególnym uwzględnieniem strączkowych. Zbiory nasion to najważniejsze ze zbiorów, to akt optymizmu i inwestycja w przyszłość, w następny udany rok.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Gdyby

 W niedzielne popołudnie deszcz zlał wreszcie Ostoję solidnie, padało kilka godzin. Mokre krzewy pomidorów zaczęły się giąć pod ciężarem wody i mokrych owoców, zaistniała więc potrzeba pilnej interwencji. W jej efekcie do kuchni trafiły pomidory odmiany Rosyjski Gigant Novikova 32, starej odmiany którą w tym roku pierwszy raz testuję. Pomidory zachwycają nie tylko smakiem, ale i rozmiarami, o czym świadczą wskazania wagi - największy osobnik ważył 639 gram, a inne niewiele mu ustępowały, To wszystko oczywiście bez żadnych nawozów sztucznych czy chemicznych środków ochrony roślin, no i przy bardzo ograniczonej opiece nad roślinkami. Przyznacie że niezły wynik, a gdyby nie ten deszcz, to kto wie, może udałoby się dobić do tych 700 gram, o których piszą, że stanowią szczyt możliwości tej odmiany.

W zakątkach podwórka, w grządkach, brzózkach i krzaczkach, jak grzyby po deszczu wyrastają ... grzyby oczywiście. Są absolutne wszędzie i mam uzasadnione podejrzenia, że jest to efekt stałego zagospodarowywania grzybowych odpadków przez ostatnie lata. Nie tylko resztki i robaczywe grzyby trafiają do gleby, ale nawet i woda po grzybów płukaniu, która też na pewno zawiera miliardy grzybowych zarodników. Ostatnio nawet rozdrabniam resztki w wiadrze z wodą, aby "zasięg rażenia" zarodników był większy. A gdyby tak jeszcze ściółki mieć więcej, a nie tylko ten piach Ostojowy, byłby grzybowy raj. Choć i obecnie nie można narzekać.

Tradycyjnie już zbieram co urosło, dokładnie tyle, ile ja i goście zjedzą. Gdyby czegoś zabrakło, to świeża dostawa czeka w odległości najwyżej trzydziestu kroków od kuchni. Dużym minusem jest brak produkcji zwierzęcej czy choćby jajek, ale dopóki w Ostoi nikt nie mieszka na stałe, nie jest to możliwe. Potencjał w tym zakresie jest, króliki i drób mogłyby z powodzeniem w Ostoi zamieszkać. Myślę o tym, bo gdyby nadszedł taki dzień, że towar z półek w sklepach zniknie, albo co gorsza znikną sklepy, to zdolność i umiejętność produkcji własnej żywności okaże się nieoceniona.

Nareszcie znajduję czas, aby wybrać się w nieco dalsze okolice, zaledwie kilka kilometrów na północ. Tam sianokosy na całego, a wzrok mój przykuła krawędź pomiędzy łąką świeżo skoszoną i jak widać regularnie wykorzystywaną rolniczo, a sąsiednim pasem ziemi, "zdziczałym" i zdominowanym przez nawłoć. Przyznacie że ilość biomasy dosychającej na łące i czekającej na zebranie wygląda niezwykle mizernie w porównaniu z nawłociowym szaleństwem. Pomijając już pszczelarskie i prozdrowotne właściwości nawłoci, można by chyba tą piękną łąkę efektywniej wykorzystać - wzorzec jest za miedzą. Gdyby tylko gospodarz chciał to dostrzec...

czwartek, 18 sierpnia 2016

Migawki sierpniowe

Najpiękniejsze chwile w Ostoi to czas, gdy kończy się dzień. Słońce zachodzi za rzeczką, a człek, po całym dniu prac wszelakich, siedzi i gapi się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (wiem, wiem, w piętkę gonię i ciągle to powtarzam). Przyroda odpoczywa od skwaru, za wyjątkiem komarów, które wtedy właśnie potrafią urządzać sobie zawody w upierdliwości. Wkrótce nad łąkami krążyć zaczną nietoperze, w tym zapewne i te, które żyją za okiennicami domku, na pohybel komarom. Głosy dnia ustępują głosom nocy, a powierzchnię wody marszczą rybki, zbierając z niej pyszczkami upadłe owady. Wiele z tych rybek nosi niewdzięczną nazwę piekielnica, co z uwagi na ich zasługi w odkomarzaniu jest zupełnie niezasłużone.

Pogoda potrafi płatać figle i gdy w planach jest nocne oglądanie deszczów meteorytów z roju Perseid, musiało się właśnie zachmurzyć. W nadziei, że może w środku nocy lub nad ranem pogoda jednak się zmieni, ustawiam aparat wycelowany w niebo i padam w objęcia Morfeusza. Gdy budzę się rano, oczom moim ukazuje się taki widoczek - wielobarwne szlaki gwiazd wszelkiego autoramentu, układające się w subtelny, harmoniczny wzorzec. Kolejny dowód na to, że "a jednak się kręci". Są nawet trzy czy cztery meteoryty, w formie wyalienowanych z wzorca kresek. To doświadczenie trzeba będzie koniecznie powtórzyć przy różnych okazjach i przy lepszej pogodzie.

W "Kąciku Nowego Świata" grzecznie rosną sobie rośliny z obu Ameryk, tworząc ładną i zgraną polikulturę. Opóźniona w rozwoju kukurydza dopiero zaczyna doganiać jakony, dołem rosną fasolki, a nieco z boku dyniowate. W tle ściana z topinambura, tak zwanej żywności awaryjnej, gdyż nawet spod śniegu jego bulwy można wydobyć. Wszystko oczywiście w materacu różnorakiej ściółki, spodem z przewagą zrębki, górą głównie słomianej. Całość praktycznie niepodlewana, rośnie sobie samodzielnie.


Jeśli wpatrzymy się dobrze w gąszcz roślin, mignie nam tu i ówdzie śmieszna roślinka przypominająca truskawki na patyku - to komosa rózgowa, zwana też szpinakiem truskawkowym. Owoce rzeczywiście przypominają malutkie truskawki, a liście można spożywać jak szpinak, jednakże ani owoc nie jest zbyt smaczny, ani liści nie jest wiele. Główna zaleta tej rośliny to jej wygląd oraz możliwość wykorzystania mini-owoców do dekoracji potraw. Jest to roślina niewymagająca i łatwa w uprawie, mam nadzieję, że raz wysiana będzie się dalej samodzielnie mnożyć z czarnych i twardych nasion skrytych w mini-owocach.

Z pomidorami na dwoje babka wróżyła - te uprawiane w workach jeszcze nie dojrzewają, ale są "rycerzami bez skazy" - żadnych zniekształceń, chorób, odchyleń od normy, natomiast te uprawiane na kostkach słomy w połowie już zebrane, a część z nich niestety ucierpiała i wykazuje objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej, czyli tak zwanego BER (Blossom End Rot). Nie jest to ani zjawisko masowe, ani nie niszczy całych owoców, jednakże uczy aby na przyszłość zadbać o większą dostępność wapnia i bardziej równomierne nawodnienie. Brak wapnia bowiem, lub problemy w jego przyswajaniu, w połączeniu z gwałtownymi zmianami dostępności wody, są głównymi przyczynami tej choroby. Na nic opryski z pokrzywy jak niektórzy radzą - trzeba raczej uciec się do dowolnej rozpuszczalnej soli wapnia, może to być na przykład jego chlorek, i w bardzo małym stężeniu podać roślinom. A na przyszły sezon, kostki słomy w ramach przygotowań solidnie potraktować dolomitem, lub może preparatem własnej roboty ze skorupek jaj, solidnie wcześniej w piekarniku wyprażonych.

To jednak, co w przyszłym sezonie wymaga całkowitej zmiany, to "rusztowania" po których pną się pomidory. Starałem się unikać masywnych konstrukcji, ale siatka typu szklarniowego, rekomendowana między innymi do ogórków, totalnie się nie sprawdziła. Zmuszony byłem wzmacniać całą konstrukcję przy użyciu linek, a przy pielęgnacji pomidorów siatka wielokrotnie wchodziła w paradę. Intensywnie więc zacznę poszukiwać lepszej metody na tymczasowe "rusztowania"na przyszły rok, ale póki co, raczę się tylko pomidorkiem prosto z krzaka, czego i Wam życzę, Drodzy Czytelnicy.






poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Zielna

Dzień Matki Ziemi, albo Matki Boskiej Zielnej, jak kto woli, kończy długi, sierpniowy weekend. I w Ostoi nie mogło się obejść bez bukietów, jednego aby tu pozostał i chronił domostwo przed piorunem, ogniem, zarazą i partią rządzącą, a drugiego, w darze do miasta zawiezionego. Bukiety wisieć mają do wiosny i spłonąć wraz z Marzanną, ale gdyby komuś coś dolegało, to zioła z dziś sporządzonych bukietów mają ponoć niezwykłą moc. Dlatego też w bukiecie znalazła się i bylica, i krwawnica, wrotycz, kocanki i krwawnik, nawłoć oraz dziurawiec, i kilka innych drobiazgów, każdego po troszeczku.

Święto świętem, ale ziół nieco więcej potrzeba, w wigilię więc święta spacer po łąkach trzeba było uskutecznić i pozbierać to, co teraz akurat kwitnie i do zbioru się nadaje. Oczywiście nie mogło zabraknąć świętego zioła Słowian, bylicy, żółcącej się cudnie nawłoci, dzikiej łąkowej mięty o aromacie nieco innym niż tej ze spirali ziołowej, poziewnika szorstkiego i małej dokładki piołunu, który zasadniczo w zeszłym tygodniu zebrany został. Zioła w pęczkach trafiły na stryszek, aby tam w cieple, ciemnościach i przeciągach sobie schnąć, a w przeciwną stronę, ze stryszku na ganek, powędrowały zioła już wysuszone.

Wśród wysuszonych dominuje mój tegoroczny numer jeden - wrotycz. Sporządziłem ze świeżego intrakt, a z suszonego powstaną inne preparaty. Jest też kilka gałązek piołunu, głównie na leczniczą nalewkę, oraz po prostu, do użycia w formie kadzidełka. Jest i krwawnik, na herbatkę, oraz nieco skrzypu, może na szampon do włosów. Ostatnio co tydzień jakaś porcja suchych ziół ląduje w słoikach a następnie na półkach, spróbuję wykorzystać je jak najlepiej, choć mam nadzieję, że w celach leczniczych się nie przydadzą. Gdyby jednak (odpukać) coś się przypałętało, to są na tak zwanym podorędziu.

Zioła ziołami, ale jeść trzeba, dlatego czy to Zielna czy nie Zielna, zebrać w ogrodzie co urosło to mus. Nie taki znowu przykry obowiązek, powiedziałbym nawet, że najmilsza część tego całego ogrodnictwa. A w ogrodzie permakulturowym, jak zwykle, dominuje rozmaitość. Różniste pomidorki, różniste fasolki. Grzyby nawet porosły w zrębce przy brzozach, no i zioła, inne niż te w łąkach. Obfitość kolorów, smaków i zapachów. Zasadniczo można się solidnie najeść nie odchodząc od grządek. Rok zdecydowanie przeszedł w drugą fazę - co się zasiało, to się teraz zbiera. Oby wszystko co zbierzemy, dobre dla nas było, jak te zioła w bukiet w Zielną złożone.