poniedziałek, 20 października 2014

Na pniu

W Ostoi zapanowała jesień w całej swej okazałości. Ogromny klon na podwórku jako ostatni oddał daninę liści, tworząc niezwykle barwny kobierzec. Cztery ponad godziny zajęło zagospodarowanie tego dywanika, ale parafrazując znane powiedzenie, "z tej biomasy nie oddamy ani guzika". Zdecydowana większość listowia trafiła w postaci kolejnej cienkiej warstwy na nową grządkę permakulturową, gdzie pokryta ostatnią warstwą, tym razem ze słomy, oraz dociśnięta z lekka brzozowymi gałęziami, przekształcać się będzie w materię organiczną do wiosny, albo i dłużej. Liście mojego klonu są bowiem niezwykle trwałe i o ile nie są rozdrobnione, potrafią leżeć w formie niezmienionej i dwa lata.

W pokrytym zrębkami minisadziku nadal dzieją się rzeczy zadziwiające. Mimo iż były przymrozki, to nadal kwitną, owocują i dojrzewają truskawki oraz poziomki. Ilościowo są to bardzo skromne plony, ale jakże smakowite. Podobnie i maliny, jeszcze i kwitną, i owocują. Pleni się też dumnie koniczyna biała, stanowiąca okrywę, ale tu i ówdzie spomiędzy niej wyrastają samoczynnie wielkie kapelusze pieścieniaka uprawnego, grzyba dobrego w smaku, choć o dziwnym, szarym kolorze blaszek. Pomijając jednak aspekt kolorytyczny, jego walory kulinarne są nie do pogardzenia. Cieszy również i to, że przyroda płata mi takie niespodzianki w postaci całkowicie  niespodziewanych plonów.
 
A skoro o grzybach mowa, to dość dawno już temu pisałem o kłodach zaszczepionych grzybnią boczniaka i shiitake. Otóż absolutnie bez mojego udziału zaczęły one teraz właśnie rosnąć. Na pniu tu i tam zaczęły wykwitać owocniki, o bardzo subtelnej barwie i zniewalającym smaku - to moje pierwsze boczniaki z własnej hodowli. Przyznam się, że cień zwątpienia zdążył zagościć w moim sercu, bo długo trzeba było na te pierwsze grzyby czekać, ale czekanie się opłaciło. A skoro raz się powiodło, to warto rozwijać tą hodowlę, tym bardziej, że naprawdę nie ma przy niej nic do roboty. Teraz z pewna dozą niecierpliwości oczekuję na shiitake - pojawia się jeszcze w tym roku, czy już raczej nie? 

poniedziałek, 29 września 2014

Budowa komórkowa

Kawałek po kawałku przekształcam podwórko Ostoi w obszar uprawny. Przypomina to wzrost jakiegoś dziwnego organizmu, komórka po komórce, poprzez pączkowanie.
W ostatni weekend wypączkował kolejny ogródek. Od wiosny pod warstwą kartonu i zrębki, obsianej koniczyną i łubinem, dogorywała trawa, a teraz przestrzeń przeznaczoną na grządki pokryłem cienką warstwą starego obornika. Na obornik poszła kilkucentymetrowa warstwa ziemi ogrodowej. Całość doprawiłem odrobiną mączki bazaltowej i popiołem z drewna liściastego.
Gotową bez mała grządkę przykryła gruba warstwa słomy i w takim stanie grządka będzie "dojrzewać" do wiosny.
A wiosną trafią na nią ziemniaki i bób oraz inne rośliny motylkowe. Pod samym płotem znajdzie się rząd topinamburów - wieloletnia osłona przed ciekawskim spojrzeniem, i pożywienie na sytuacje awaryjne.
Grządka, choć sie nieco wije,  jest superergonomiczna - wszędzie łatwo sięgnąć (szerokość 120 cm), a długość ściezki jest ograniczona do minimum. Zapowiada się całkiem nieźle, a jak się sprawdziła, to napiszę za rok.
A za płotem, dosłownie centymetr za nim, dziki ryją jak oszalałe. Trzydzieści metrów od rozszczekanych psów, za płotem sąsiednim. Ryją w mojej stercie zrębek, ryją w czystym niemal piachu, szukają robaków i pędraków. Póki co nie ryją pod drzewkami posmarowanymi tzw. sosem z kości. Czyżby on rzeczywiście działał?
Bobry ścięły ogromną brzozę, tym razem u sąsiadów. Spryciule zrobiły to tak, że wpadła czubkiem tuż przy samym wejściu do ich nory. Zadziwiająca precyzja, pozazdroszczenia godna.
W październiku budowy komórkowej ciąg dalszy - trzy małe ogródeczki w metodzie Square Foot Garden zastąpi jedna większa grządka. I tak, krok po kroku, areał uprawny rośnie.  A to coś, na wyrost ochrzczone trawnikiem, maleje. I mówi do nas "maluczko, a mnie nie ujrzycie ...".

piątek, 26 września 2014

Serek

I stało się tak, że na weekend zostałem opiekunem kozy. Koza jak to koza, łatwa w obsłudze jest. Zasadniczo wystarczy wydoić i ewentualnie wyprowadzić na spacer, aby się kozie samej nie nudziło. Wybieg ma duży, leśno-krzaczasty, dach nad głową ma, jeść co ma, pić co ma, ale beczy, bo jej pani wyjechała.
W ramach opieki trzeba było jednak również zagospodarować udój - kózka codziennie 1.2 litra mleka łaskawie dawała, co mogliśmy wypić to się wypiło, z jednej jednak takiej porcji postanowiłem zrobić mój pierwszy w życiu ser. Sposób najprostszy z możliwych - podgrzać mleko, ściąć sokiem z cytryny, odcedzić, wycisnąć, podać. Podobno powinniśmy ten serek odciskać do dnia następnego, ale żeśmy nie zdzierżyli - już po południu trafił na stół. Udało się sporządzić sporą miseczkę, pewnie ponad 20 deko. Bez żadnych dodatków, bez soli, z leciutkim kwaskowym posmakiem od cytrynowego soku, smakował wyśmienicie, a po dodaniu rukoli i mięty po prostu ... zniknął. Zaczarowana Ostoja, zaczarowana koza, zaczarowany ser :-)

wtorek, 16 września 2014

Pożegnanie lata

Do Ostoi na pierwszy rzut oka zawitała już jesień - na potęgę lecą liście z brzóz, a i z lipy też coraz więcej ich spada. Dziki buchtują na potęgę tuż za płotem, jakby chciały dobrze się najeść przed długą i srogą zimą. Wiewiórki szaleją zbierając zapasy, a tłumy ptactwa obsiadają wyjątkowo obficie w tym roku owocujące krzewy czeremchy amerykańskiej. Bliższe oględziny jednak ujawniają, że lato się jeszcze nie poddaje - świadczy o tym ponowny wysyp truskawek na grządkach, kwitną na potęgę, a owoce, choć bardzo powoli, dojrzewają. Ich smak jest bardzo intensywny, podobnie zresztą jak wszystkich niemal owoców i warzyw z Ostoi, nieporównanie lepszy niż "sklepowych" odpowiedników.
Przy okazji każdej wizyty  w Ostoi jest szansa aby uzupełnić domową spiżarnię. Pod warstwami zrębki kryje się nadal wiele ziemniaków. Wybieram je w miarę potrzeb, nie ma powodów aby spieszyć się z ich zbiorem - wszak pochodzą one od sadzeniaków z zeszłej jesieni, czyli bez szkody mogą przetrwać w zrębkach zimę, a na wiosnę wydać nowe rośliny. Każdy niewykopany ziemniak powinien dać wiosną nowy krzak, tym samym czyniąc z poczciwego kartofla roślinę wieloletnią.
Domowe wino z kwiatów czarnego bzu trafiło wreszcie do butelek, a następnie do piwnicy, gdzie poleżakuje około pół roku. To czekanie to najtrudniejszy etap produkcji. Wino ma bardzo intensywny kwiatowy zapach, a smak zapowiada się równie atrakcyjnie. W tym roku po raz pierwszy sporządzam nie tylko takie wino, ale i nalewki z jeżyn oraz aronii. Zamknięte w butekach zapachy wiosny i smaki lata przydadzą się zapewne w długie jesienno-zimowe wieczory.
Tradycyjnie wraz z końcem lata zabieram się powoli za rozszerzanie "areału upraw", czyli mówiąc prościej, kolejny fragment podwórka zostanie przerobiony na ogródek. Wyłożony kartonem i gazetami, a następnie wysypany zrębkami na wiosnę, obsiany koniczyną i łubinem, teraz niemal w całości pokryty jest ciekawie prezentującymi się grzybkami, których obecność świadczy o tym, że proces tworzenia gleby przebiega zgodnie z założeniami. Wkrótce  na tym obszarze powstanie grządka w kształcie zbliżonym do spirali, która pod kołderką ze słomy poczeka sobie do wiosny. Dodatek obornika, mączki bazaltowej, popiołu drzewnego i odrobiny kompostu powinien sprawić, że już w przyszłym roku grządka cieszyć nas będzie zdrowymi i dorodnymi plonami. A to wszystko bez nawożenia, pielenia i podlewania, miejmy nadzieję.

 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po powrocie

Po dwutygodniowej nieobecności jechałem do Ostoi z duszą na ramieniu. Podobna nieobecność zeszłosierpniowa zakończyła się smutno dla większości wiosennych nasadzeń drzewek, w wyniku ekstremalnej suszy i upałów. W tym roku przed wyjazdem podjąłem działania prewencyjne, instalując automatyczne nawadnianie w kluczowych punktach podwórka. Poza płotem jednak, obowiązywała nadal zasada "kto przeżyje, wolnym będzie".

Raporty z Polski donosiły że nie powinno być tak źle - temperatury niewygórowane, okresowe opady ... i rzeczywiście, zastałem niemal wszystko w całkowitym porządku, żeby nie powiedzieć w rozkwicie. Źle jedynie wyglądała moja workowa uprawa ziemniaków, kierując się więc impulsem, postanowiłem ją zakończyć. Worki okazały się jednak zbyt nietrwałe, rozpadały się w dłoniach - być może nadmiar deszczów winę za to ponosi. Ich zawartość natomiast była pełna życia - kompost z dużą ilością dżdżownic, oraz tu i tam ... kartofelek. Nie sprawdziły się niestety marzenia o "całym worku kartofli" - z każdego z worków uzyskałem niemal dokładnie po jednym kilogramie ziemniaczków. Jako bardzo fajny bonus dostałem cztery taczki dobrego kompostu. Czy warto było? No cóż, zależy jak na to patrzeć. Gdyby wziąć pod uwagę "wydajność z hektara", to jak najbardziej - ustawiając worki na gołym betonie o powierzchni około pół metra kwadratowego osiągnąłem plon 400 kg z hektara ;-) co dwukrotnie przewyższa najlepszy polski średni plon z ostatnich kilku dziesięcioleci. Z drugiej strony jednak, czy warto się tak bawić, dosypywać do worków co tydzień, dbać aby nie za mokro i nie za sucho ... W moim przypadku chyba nie, gdyż niedaleko obok, w zrębkach, ziemniaki dobrze rosną bez tych zabiegów. Jednakże, jeśli ktoś ma na przykład tylko balkon czy taras w bloku, to taką uprawę zdecydowanie polecam. Smak moich ziemniaków bowiem jest niezrównany.


 Jeśli chodzi o walory smakowe, to wszystkie warzywa z Ostoi generalnie są tak esencjonalnie smakowite, że ciężko się oprzeć ich podjadaniu w trakcie ogrodowych prac. Kilka pomiarów przeprowadzonych przy użyciu refraktometru pokazuje, że mają one 2-3 razy więcej soli mineralnych i składników odżywczych niż "takie same" warzywa z marketu. Największą furorę robi smak rukoli, niespotykany nawet w tej kupowanej w sklepach z żywnością "zdrową" lub "ekologiczną". Nie ustępują jej kabaczki i dynie makaronowe, nie wspominając już o truskawkach, które właśnie zwariowały i zabierają się za ponowne owocowanie. W świecie pięknie i ciekawie, ale fajnie jest wrócić ...

wtorek, 22 lipca 2014

Spirale życia

W Ostoi życie kwitnie, rośnie, owocuje. Na grządkach ze zrębek obok tradycyjnie dobrze w nich rosnącego bobu i wszelkiego rodzaju fasol, w tym roku także wybijają się dynie i kabaczki, które w zeszłego lata nie raczyły rosnąć. Wybujały również słoneczniki, dobrze radzą sobie pomidory, zakwitły ogórki, a ziemniaki, posadzone eksperymentalnie na jesieni, lada moment będą gotowe do zbiorów. Podobnie jak w zeszłym roku nie radzą sobie brokuły i kapusty, najwyraźniej nie jest to odpowiednie środowisko dla nich. Na obrzeżach ścieżek porosły topinambury i szparagi, te pierwsze można będzie w tym roku zacząć zbierać, tym drugim potrzeba chyba jeszcze roku aby choćby ich skosztować.

Na ziołowej spirali powoli zapełnia się przestrzeń, coraz mniej widać zrębek, a coraz więcej kęp pięknych ziół rozprzestrzenia się i wabi kolorem i zapachem. Na szczycie stoją dumnie rozmaryny, lawendy i szałwie, niżej nieco tymianki, czosnki, ogóreczniki, a na samym dole królują mięty. Nad wszystkim panują wielkie kwiaty rudbekii, ulubione miejsce okolicznych motyli. Nieco niżej kwitną aksamitki, które pierwszomajowy przymrozek niemal życia pozbawił, a jednak, odżyły i mają się dobrze.

W drewutni zdesperowana ptaszyna uwiła gniazdko, ze wszystkich trzech jaj wylęgły się pisklęta. Najsłabszy braciszek czy siostrzyczka został brutalnie z gniazdka wyrzucony i dokonał żywota. Dwa pozostałe na razie radzą sobie dzielnie, choć na ich życie czatuje Ruda Zołza, kocica z sąsiedztwa będąca postrachem kurników, gniazd i jaszczurek. Do Ostoi powrócił wielki bóbr - samiec, intensywnie od wieczora do zmierzchu penetrujący starorzecza. W młodniku rezyduje koziołek sarny, a wielka zajęczyca, no gdzieżby indziej, jak nie na Zajęczej Górce, zajmuje się swoimi sprawami, nie zważając na nas, gości w jej lesie. Tak wygląda Ostoja w szczycie spirali życia. Cieszymy się tym póki czas, bo pierwszy opadły żółty liść z naszej lipy przypomina, że maluczko, a będzie po lecie.

wtorek, 15 lipca 2014

Na drugą nóżkę

Po tygodniach intensywnej nauki, w porannej poczcie pojawiła się nagroda - informacja o ukończeniu kursu projektowania permakulturowego u Geoff'a Lawtona. Dyplomik przyjdzie z Australii pocztą za jakiś czas, ale wiedza w główce już jest, i oby nie wyparowała :) Teraz trzeba szybko z niej korzystać, utrwalać i rozwijać, ale z drugiej strony wszystko się musi uleżeć, przyjąć i usystematyzować. Festina lente, jak mawiali starożytni, a praktycy permakultury za nimi powtarzają. Materiał kursowy tym razem był oszałamiająco bogaty, daleko wykraczający poza standardy 72 godzinnego curiculum PDC. Jako bonus otrzymaliśmy między innymi kursy permakulturowych prac ziemnych, czytania krajobrazu i ustanawiania leśnych ogrodów. Co jednak najcenniejsze, to odpowiedzi Geoffa na nasze pytania - a były ich tysiące. I podczas gdy wykład omawiał temat ogólnie, szeroko ale jednak teoretycznie, o tyle w odpowiedziach na pytania pojawiały się praktyczne perełki. Do odpowiedzi na pytania zapewne niejednokrotnie jeszcze będę wracał, wiedzy w nich zawartej nie sposób przyswoić jednorazowo. Kurs był również okazją do nawiązania kontaktów ze studentami z całego świata oraz z weteranami (osobami które ukończyły ten kurs w zeszłym roku). Zarówno forum, jak i grupa na FB okazały się bardzo pomocnymi miejscami pasjonujących dyskusji i wymiany pomysłów, porad i doświadczeń, mam nadzieję że sporo z tych znajomości przetrwa zakończenie kursu. Gorąco wszystkim ten kurs polecam, wart jest swej ceny, czasu i pracy, po wielokroć.

niedziela, 6 lipca 2014

Machina piekielna

W Ostoi pojawiła się "Piekielna Machina", ochrzczona tak przez przypadkowych obserwatorów. Rzeczywiście chyba, dziwi i intryguje w środku lasu. Maszyna ta to suszarnia do ziół, grzybów, owoców, nasion i innych dóbr z ogrodu, łąki, lasu, bliższej i dalszej okolicy.
"Piecem" suszarni jest kolektor słoneczny z puszek, którego budowę opisałem tutaj. Został on dodatkowo wyposażony w kółka, aby łatwiej go przemieszczać oraz w stojak, pozwalający mu zarówno stabilnie stać, jak i regulować kąt nachylenia. "Napędem" suszarni jest mały komputerowy wentylatorek, który dołem zasysa powietrze z suszarni i tłoczy je do kolektora. Zasila go mały panel słoneczny.

Sama suszarnia to prosta szafa z listewek, obita tekturą. Tektura do "pleców" szafy jest przyczepiona na rzepy, tak, aby mieć łatwy dostęp do wnętrza. W środku jest miejsce na dziesięć półek, obciągniętych gęstą aluminiową siatką. Łączna powierzchnia półek to cztery metry kwadratowe. Szafę łączą z kolektorem aluminiowe elastyczne rury wentylacyjne.
W sobotni poranek odbył się debiut suszarni. Niewiele jeszcze jest produktów do suszenia, ale wystarczyło surowca do wypełnienia pięciu półek. Słońce to pokazywało się, to znikało za chmurami. Temperatura w suszarni wahała się w związku z tym znacząco w ciągu całego dnia, ale średnio na górnych półkach wynosiła 45 stopni, a im niżej, tym mniej oczywiście.

 Nadchodzące chmury burzowe przerwały sobotni eksperyment, być może użycie kartonu nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jest to wszak prototyp, który na pewno jeszcze będę usprawniał. Tak czy inaczej, do suszenia powróciłem w niedzielny poranek. Tu sprawy potoczyły się błyskawicznie, gdyż słońce nie zawiodło. Temperatura w górze suszarni wynosiła średnio 60 stopni, i już w południe można było "zwijać interes" - wszystko wyschło "na pieprz". Wysuszone rośliny trafiły do słoików, a zdemontowana suszarnia do szopy. Zdała egzamin, ale wymaga jeszcze przeróbek - lepszego mocowania rzepów do kartonu oraz usprawnienia metody przekręcania zestawu w trakcie suszenia w kierunku słońca.

W Ostoi przyroda w pełnej krasie. W huglu, o którym pisałem tutaj żyje kilka zaskrońców. Noce spedzają w środku, a za dnia albo penetrują okolicę, albo wygrzewają się na południowym stoku hugla. Sam hugel tonie dosłownie w facelii, pac-choi i fasolach. Zdecydowanie najlepiej wszystko rośnie na wschodnim stoku hugla, a dałbym sobie głowę uciąć, że najlepszy będzie stok zachodni. W ogródkach powoli nadchodzi pora zbioru bobu, który obrodził niezwykle, świetnie radzą sobie ziemniaki, i te w workach i te w zrębkach, a tu i ówdzie ślicznie kwitną nasturcje i ogóreczniki, których kwiaty kończą swój żywot w sałatce.  Akompaniuje im dzielnie mięta, obficie rosnąca na ziołowej spirali. Kiwi, mango i melona jeszcze swojego nie mamy, ale będziemy nad tym pracować ;-)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Deszcze niespokojne

Przechodzące co i rusz fronty atmosferyczne przyniosły do Ostoi liczne fale opadów, intensywnych ale krótkotrwałych. Pogoda to idealna na konstrukcję kolejnego ogródka - nie trzeba namaczać kartonów, gazet i zrębki, choć trzeba uważać, aby materiały nie pofrunęły.
Trzeci, nowy ogródek powstał na piaszczysto-trawiastym "nieużytku", w niewykorzystanej części podwórka. Orgódek ten docelowo ma być "poświęcony" warzywom wieloletnim - szparagom, rabarbarom, szczawiom, czosnkom i tym podobnym kulinarnym atrakcjom, które praktycznie poza zbiorem nie będą wymagać uwagi. Póki co, do ogródka trafiły nasiona roślin motylkowych, które mają za zadanie nie tyle użyźnić "glebę" (której nie ma) co stworzyć pokrycie zrębki, aby spowolnić utratę wilgoci i stworzyć lepsze warunki do rozwoju grzybni i dekompozycji drewna.
Niedawno sporządzony hugel dzięki silnym, acz przelotnym opadom zieleni się nadspodziewanie - najlepiej póki co rośnie na nim chińska kapusta Pac Choi, a z okrywowych motylkowych facelia. W huglu zamieszkał zaskroniec, jakim sposobem zorientował się, że można zrobić wejście do wielokondygnacyjnego pałacu z grubych gałęzi w środku hugla, to jego słodka tajemnica. W każdym razie ma wejście w górze hugla, a na południowym "stoku" umościł sobie kształtną półkę, gdzie lubi się wygrzewać, o ile akurat nie pada.
Gdy deszcz lał tak mocno, że nie sposób było wojować ze zrębkami i kartonami, powstawały różne inne rzeczy, mniej lub bardziej przydatne. Oto domek dla ptaków, wydłubany w pniu i zawieszony na starym klonie w centrum podwórka. Wiem, że na domki już za późno, ale do tej pory nawał ważniejszych prac powodował, że domek leżał odłogiem. Wątpię aby w tym roku domek znalazł lokatora, będzie jednak mam nadzieję jak znalazł na rok następny. Ptasia sytuacja zresztą nie jest zła - jak w zeszłym roku narzekaliśmy, że ptaków jest jakby mniej, tak w tym roku jest ich mnóstwo. Mam podejrzenia, że rosnąca bioróżnorodność Ostoi przyciąga je jak magnes. Jedyne co martwi, to zamiłowanie ptasiej gromadki do truskawek, szczególnie gustują w nich sójki, bezczelnie żerując na każdej dojrzałej którą spostrzegą.
Przybył też kolejny, tym razem miniaturowy domek dla owadów. Zrobiony z drewnianego pudełka po winie butelkowym, z dodatkiem nawierconych pieńków i gliny, zawisł na płocie w sąsiedztwie ogródka warzyw jednorocznych. W dużym domku dla owadów widać pierwsze zasklepione przez pszczoły murarki dziurki, tak więc jest szansa, że zadomowią się na dobre. Jeśli chodzi o warzywa jednoroczne, to ten rok wydaje się jak na razie "Rokiem Bobu i Ziemniaka" - rosną one niewyobrażalnie dobrze. Ziemniaki w ramach nieustających eksperymentów w większości posadzone były na jesieni (po prostu ułożone pod zrębką) i pomimo iż ucierpiały w pierwszomajowe przymrozki, to odbiły i mają się doskonale. Bób dzielnie im sekunduje, są już pierwsze ładne strąki. O ile w zeszłym roku rosły dobrze, o tyle w tym marnie radzą sobie rzodkiewki.
Na koniec weekendu do butelek trafił mój debiut winiarski - wino z kwiatów mniszka lekarskiego, czyli popularnego dmuchawca. Starczyło go na napełnienie pięciu butelek po Prosseco Veneto, jako że to winko z mniszka może się okazać również z lekka bąbelkowe. Teraz nastała najtrudniejsza część procesu tworzenia wina - oczekiwanie, aż nabierze ono właściwego smaku i aromatu. Zapowiada się jednak dobrze, o ile w ogóle moje opinie mogą okazać się tu miarodajne, bo jakom rzekł, w wyrobie win doświadczenia mi brak. Co innego nalewki - wiem że ta z kwiatów czarnego bzu, właśnie wczoraj zlana, będzie rewelacyjna. Już za jakieś pół roku lub rok - jak znalazł na takie dni, niespokojne i deszczowe.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Na słoneczku

W sobotę w Ostoi słonecznie było acz wietrznie, postanowiłem więc wypróbować swój prototyp kuchni solarnej. Kuchnia owa, zbudowana wyłącznie niemal z kartonu i kuchennej folii aluminiowej, z dodatkiem kleju do papieru, taśmy klejącej, sznurka i czterech patyczków, prezentuje się dość okazale - mniej więcej tak, jak sobie wyobrażaliśmy anteny kosmiczne w naszym dzieciństwie. Wykonanie kuchni nie było ani trudne, ani pracochłonne, najbardziej pracochłonny etap to oklejanie kartonu folią aluminiową. Całkowity koszt wyprodukowania tego urządzenia zamknął się poniżej 10 złotych, z czego połowę kosztowała tuba kleju do papieru, który też można by zastąpić stosując domową recepturę.

 O godzinie 10:45 ustawiłem kuchnię w słonecznym miejscu i umieściłem w niej czarny garnek z pokrywką, zawierający wodę i ziemniaczki - cztery duże sztuki. Po około 5 minutach garnek osiągnął temperaturę około 80 stopni, nie sposób było go niemal brać do ręki. Potem zaczęły się schody - temperatura oscylowała głównie poniżej temperatury wrzenia, gdy słonko przesłaniały lekkie chmury, przechodząc w bardzo lekkie pyrkotanie gdy słońce świeciło mocniej. Kuchnia solarna była leciutko przestawiana co 30 minut, podążając za ruchem tarczy słonecznej. Po 2 godzinach i 45 minutach, o 13:00 ziemniaki były gotowe do spożycia, w pełni ugotowane.

Myślę, że kuchnia solarna sprawdzi się w długie upalne i słoneczne dni lata, a potrawy w niej sporządzone cechować się będą tą delikatnością, jaką wyczuwamy w modnym obecnie "slow cooking". Szczególnie przydatna powinna być do gotowania warzyw, ale przyrzekam sobie, że spróbuję jej użyć i do jakiegoś pieczystego.

A w niedalekiej odległości od kosmicznej kuchennej instalacji, na gołym betonie, rosną sobie ziemniaczki - tyle że w workach. Póki co radzą sobie dobrze, zobaczymy, czy plony wystarczą aby na jesieni napełnić choć jeden garnek w solarnej kuchni.

poniedziałek, 12 maja 2014

Pierwszy hugel


Sporo drewna mokrego i pokrytego grzybnią nagromadziło się w Ostoi. A to z ratowania starej lipy, a to ze ściętych przez bobry brzóz. Nie bardzo wiedząc co z tym drewnem począć, postanowiłem wypróbować propagowaną przez ikonę permakultury, Seppa Holzera, hugelkulturę.
Hugelkultura, potocznie zwana huglem, to po prostu górka z drewna pokryta glebą. Im grubsze drewno, tym lepiej podobno. Drewno z jednej strony w procesie rozkładu oddaje substancje odżywcze rosnącym na górce roślinom, z drugiej jak gąbka chłonie wodę opadową i (podobno), o ile hugel jest dostatecznie wysoki (minimum metr), umożliwia hodowlę roślin bez ich podlewania.


Budując hugla najpierw zdjąłem darń, pieczołowicie ją odkładając. Następnie pogłębiłem wykop, odkładając również wydobytą z niego glebę. Wykop ciasno wypełniłem najgrubszymi kawałkami drewna, polewając wszystko wodą obficie.
Następnie zacząłem piętrzyć kolejne pnie i gałęzie, układając je na tyle stromo, na ile wydawało mi się, że umożliwi to wciąż obsypanie ziemią bez jej osuwania się.



Gdy stos brzozowo-lipowy był już gotów, zacząłem obkładać go od dołu darnią, trawą do dołu. Całość nieustannie niemal była zlewana wodą, aby w środku stosu uzyskać jak najwyższą wilgotność.
Stos darniowy obsypany został ziemią z wykopu.
Niestety, marna to ziemia, sam niemal piach.Ideą eksperymentu jednak jest wykorzystanie naturalnie dostępnych w Ostoi surowców, przy minimalnym ich imporcie z zewnątrz. Stąd może materiały nie najbogatsze, ale za to własne.



Ostatnią warstwę stanowiła ziemia ogrodowa wymieszana z przefermentowanym obornikiem - niestety, ilość tych surowców jaką posiadałem była bardzo mała, nie byłem więc w stanie zapewnić ich tak grubej warstwy, jakbym sobie tego życzył.
W wykopie wokół hugla ułożyłem pasy kartonu, które po pokryciu zrębką mają za zadanie zapobiegać inwazji traw. Wykop zapewnia też dodatkowe nawadnianie, gdyż spływa do niego woda z najbliższej okolicy, a stamtąd już łatwo dotrze do najgrubszych pni w spodniej warstwie hugla.



A oto efekt ostateczny - hugel pokryty ściółką z łąkowego siana (z braku słomy) i obłożony wierzbowymi gałęziami w celu utrzymania wszystkiego w przysłowiowej kupie. Przed ściółkowaniem hugel został jeszcze obsiany koniczyną i odrobiną nasion innych roślin miotylkowych, a teraz należy pozostawić go w spokoju i pozwolić mu "dojrzewać".

A w zrębkowym minisadzie następuje euforia wzrostu - przestrzeń między drzewkami wypełniają na zmianę grzyby i rośliny motylkowe, widomy znak, że w zrębce kwitnie bioróżnorodność i że ulega ona korzystnym przekształceniom.
Mam szczerą nadzieję, że odbywa się to z korzyścią dla nmałych drzewek i że dzięki temu będą one pięknie rosnąć, a w przyszłości obficie owocować.

niedziela, 4 maja 2014

Majowo - rakietowo

Tej nocy w Ostoi nastał wyjątkowo zimny maj. O szóstej rano szron pokrywał wszystko, a termometr pokazywał minus trzy stopnie. To, co zostało na noc okryte, ocalało - to, czego okryć się nie dało, albo miało "szczęście", albo nie.

W najgorszym stanie są aksamitki oraz część fasolowych roślin kiełkujących sobie tu i tam, zadziwiająco dobrze przymrozek zniosła większość roślin niedawno posadzonych na ziołowej spirali. Sądzę, że "masa termalna" kamieni z których składa się spirala złagodziła działanie nieskich temperatur, oddając ciepło nagromadzone w ciągu dnia. No ale cóż to było za ciepło - maksymalnie pięć stopni, to i ten deszcz ...Pozytywną stroną tej pogody jest brak potrzeby podlewania.
 Mimo takiej pogody w ogródkach ściółkowanych zrębką kwitnie życie - zakwitły miniaturowe jabłonie kolumnowe, rosną krzaczki truskawek, kiełkują rośliny motylkowe mające na celu wiązać z gleby azot, a największą niespodzianką są duże ilości grzybów kapeluszowych wyrastających niemal wszędzie, niestety niejadalnych. Bogata jest też fauna - od dżdżownic, przez pająki i mrówki, po znaczną liczbę jaszczurek i okazjonalnych ptasich gości. Tam, gdzie jeszcze niedawno był wyłacznie piach, kwitnie teraz życia - wiem, że już to pisałem, ale warto to wciąż podkreślać: ściółka zmienia świat, dosłownie i w przenośni.
W trakcie porządków znalazłem 19 starych cegieł. Postanowiłem wykorzystać je do zbudowania miniaturowego piecyka rakietowego, do gotowania i smażenia na świeżym powietrzu. Piecyk powstał w parę minut dosłownie, cegły zostały poukładane tak, aby tworzyć pionowy "komin" i poziomą komorę na drewno. Całość bardzo pobieżnie uszczelniłem gliną. Nie przykładałem specjalnych starań do estetyki i trwałości tego "wynalazku", nie będąc pewnym, czy w wybranym miejscu pozostanie on na dłużej.
Pierwsze testy piecyka wskazują, że warto jednka go zostawić. Rozpala się niezwykle łatwo, a do palenia w nim wystarczą dosłownie gałązki pozbierane na podwórku, połamane przez wiatr. Żadnego rąbania drewna!
Piecyk błyskawicznie gotuje wodę czy też rozgrzewa patelnię. Zużycie drewna jest naprawdę minimalne, a siła płomienia bardzo łatwa w sterowaniu. Efekt "rakietowy" widać szczególnie gdy na piecyku stoi patelnia - a efekt wtedy nawet słychać, bo piecyk lekko huczy. Jedyną wadą tego rozwiązania jest wygląd kuchennych utensyliów po zakończeniu obróbki cieplnej - nad ich myciem trzeba się niestety namęczyć, są mocno okopcone. Może rozwiązaniem będzie skompletowanie osobnego, żeliwnego zestawu "piecykowego"? Póki co, piecyk zostaje - na pewno będzie przydatny i często wykorzystywany.

piątek, 4 kwietnia 2014

Papierek

Po obejrzeniu ponad stu godzin wykładów, przeczytaniu 600 stron podręcznika, po wykonaniu projektu oraz po zdaniu złożonego z 28 pytań egzaminu, stałem się dumnym posiadaczem certyfikatu ukończenia kursu projektowania permakulturowego, czyli tak zwanego PDC.
Ten kurs uświadomił mi chyba bardziej ilu rzeczy nie wiem, niż umocnił w wierze w to, co wiem. Traktuję go jako wstęp do dalszej nauki i dalszych poszukiwań.
Cieszy mnie, że mój projekt został pozytywnie oceniony i że praktycznie nie spotkał się z krytyką, co świadczy o tym, że co do pryncypiów tok mego rozumowania jest w zgodzie z zasadami etyki permakulturowej.
Otrzymawszy papierek, nie spoczywam na laurach, kuję żelazo póki gorące i już za moment zaczynam kolejny kurs. Jednocześnie próbuję wdrażać w Ostoi to, czego się nauczyłem w trakcie ukończonego już kursu i w trakcie lektury Permaculture A Designers' Manual Billa Mollisona.
Co do tego podręcznika, myślę, że wracać do niego będę niejednokrotnie - jest on tak nasycony wiedzą i informacją, że jednorazowa lektura nie jest w stanie umożliwić asymilacji wiedzy w nim zawartej. Jest to lektura trudna i żmudna, ale warta czasu jej poświęconego.
To tyle o papierku, a jutro już działania zupełnie nie na papierze - sadzenie świdośliwy, oliwnika, porzeczek, truskawek i poziomek ... oczywiście permakulturalnie :-)

niedziela, 30 marca 2014

Domek dla owadów

Rodził się w bólach i cierpieniach, ale wreszcie jest - domek dla owadów.

Prace nad nim rozpocząłem kilka tygodni temu, ale co chwila coś pilniejszego było - a to drzewka sadzić, a to pompę naprawiać, a to (wstyd powiedzieć) zapomniałem narzędzi z domu ...

Nareszcie jednak udało się go skończyć, i stoi sobie dumnie w całej swej krasie tuż obok świeżo posadzonego minisadu.

Front domku choć skierowany niemal na zachód, dostaje również promienie słoneczne z południa, owadom powinno więc być w nim ciepło i sucho.

Domek został w całości zbudowany z materiałów albo dostępnych na miejscu w przyrodzie, albo pochodzących z Ostojowego recyclingu.

Owady mają do dyspozycji pokoje w łodygach trzcin, w otworach wywierconych w zmursząłych z lekka kłodach brzozowych i lipowych, wśród cegieł i szyszek, oraz w nielicznych rurkach z suszonego dzięgielu i gałązek czarnego bzu.

Pierwsi lokatorzy meldowali się w zasadzie już w trakcie budowy, oraz żyli tak naprawdę w materiałach budowlanych, prawdziwym jednak testem dla domku będzie oczekiwanie na zagnieżdżenie się w nim pszczół murarek - owadów które w odróżnieniu od pszczół miodnych żyją samotnie, ale tak samo jak te pierwsze doskonale zapylają rośliny.

Pszczoły murarki, trzmiele i motyle cytrynki niezwykle obficie pojawiły się w Ostoi - żerują na kwiatach kokoryczy pustej - chyba jednej z nielicznych kwitnących roślin w okolicy.

W słoneczne południe nad kokoryczą unoszą się dosłownie roje owadów. Podobnie okupowana jest rabatka z bratkami w sąsiednim gospodarstwie, widać, że owady intensywnie żerują, ale kwiecia w lesie jest jak na lekarstwo, podążają więc tam, gdzie człowiek posadził kwitnące smakołyki.


 Wprawdzie nie widziałem aby były odwiedzane przez owady, ale cieszą oko pierwsze cebulice syberyjskie. Maleńkie, zaledwie 10 centymetrowe roślinki wabią wzrok niebieskimi kwiatkami.

Coraz ładniej się robi w Ostoi, i pomimo, że w nocy temperatura spadła do minus 4 stopni, a wodę w oczku oraz w wiadrach pokrył przez noc cienki lód, to daje się już chodzić boso, a nawet i pobrodzić w starorzeczu, gdzie na płyciznach szczupaki grzeją grzbiety i szykują sie do tarła.

Pora intensywnego sadzenia w warzywniku nadchodzi wielkimi krokami, szykujmy się! :-)


poniedziałek, 24 marca 2014

Sztobry i sok z brzozy

Przyszła pora sztobrów, czyli fragmentów gałązek długości mniej więcej dłoni i grubości ołówka. Cztery setki tych gałązek w trakcie weekendu wetknąłem do ziemi, inaugurując tym samym kolejny eksperyment w Ostoi.
Większość sztobrów to sztobry wierzbowe, siedmiu gatunków. Ich zadaniem jest przyjąć się i rosnąć pięknie, a gdy już wyrosną, to (jak to w permakulturze) spełniać szereg zadań.
Główne ich zadanie to tworzyć pasy na zalewowej łące, i gdy idzie wysoka woda, spowalniać jej przepływ, zapobiegając erozji. Chytry plan zakłada też, że na pasie wierzb zatrzymywać się będzie to, co woda niesie ze sobą - a że od osiedli ludzkich dużych jest daleko, mam nadzieję, że nie będą to śmieci, ale materiały które można wykorzystać na ściółkę lub kompost.
Drugim celem dla wierzb jest umacnianie brzegu skarpy, a cele dalsze to dostarczanie wczesną wiosną pożytku dla pszczół, bazi dla nas na Wielkanoc, materiału i budulca, paliwa oraz być może w przyszłości popróbuję pobawić się z żywymi płotami i ławkami. A może przyjść i taki czas, że z witek zacznę coś pleść...
Oprócz sztobrów wiklinowych, posadziłem również dziką różę, jeżynę bezkolcową, karaganę syberyjską, forsycję, jaśmin i kalinę koralową. Sadząc wybierałem różne siedliska, oczywiście zbliżone do wymagań poszczególnych gatunków na tyle, na ile to na terenie Ostoi możliwe, ale generalnie nadal jest to działanie według maksymy "Spróbuj stu rzeczy, a może dwie wyjdą".
I tak, wiosnę witają posadzone w zeszłym roku krokusy, odwiedzane licznie przez głodne pyłku i nektaru owady.









Uratowane od znajomych żonkile, kupowane na Wielkanoc w zeszłym roku i w stanie całkowicie zwiędłym przewiezione do Ostoi i zakopane głęboko pod zrębki, kwitną sobie teraz w najlepsze.







Wielka duma ma i radość - czosnek niedźwiedzi, któremu szczerze powiedziawszy nie dawałem zbyt wielu szans, z opóźnieniem, ale jednak, zaczął się wychylać z moich piasków. Bardzo pomogła warstwa ściółki którą miejsca nasadzeń zostały przykryte na jesieni - teraz trzeba dbać, aby czosnki się rozrosły, zakwitły, i wydały nasiona. Marzą mi się łany czosnków między mymi brzozami. I fajnie jest słyszeć "O, jakie dziwne konwalie". :-)


Teraz też nastał czas oskoły, czyli soku brzozowego. Pięknie spływa z brzózek i jest go pod dostatkiem. Z braku czasu w tym roku ściągam go z gałęzi do obcięcia przeznaczonych, a nie z otworów wierconych w pniach. Świeży sok jest doskonały, ale nie sądzę, aby można go było przez dłuższy czas przechowywać. Ograniczoną ilość można zamrozić, pewnie też mozna byloby odparowywać i zagęszczać, ale to temat na kolejne lata - teraz musi wystarczyć, że można go pić do woli, póki jest.

środa, 19 marca 2014

Drzewka odmian kolumnowych

No i otrzymałem paczkę, sprzedawca nadał tydzień przed planowanym terminem. Kurier dostarczył w piątek o 20 ...

Cóż, trzeba było zebrać się i skoro świt w sobotę jechać sadzić .... A lało, wiatr gałęzie łamał, nie za dobrze to wyglądało ...

Biedactwa w paczce to 24 drzewka owocowe tak zwanych odmian kolumnowych - jabłonki, grusze, śliwy, wiśnie, czereśnie a nawet dwie brzoskwinie. Odmiany kolumnowe podobno nie rosną większe niż 2-3 metry wzwyż, a wszerz mają podobno nie przekraczać 80 centymetrów średnicy przez wiele lat.

Oczywiście drzewka takie nie owocują tak obficie jak pełnogabarytowe, jednakże wydają się idealne do małych przestrzeni, takich jak moje podwórko w Ostoi.

Ułożyłem sobie plan zbudowania na podwórku miniaturowej "food forest" właśnie z użyciem takich drzewek, no i jak zawsze - zobaczymy co z tego wyniknie. Internetowe opinie o drzewkach kolumnowych są bardzo różnorodne - jedni chwalą, inni krytykują, myślę, że warto jednak dać im szansę.

Zanim dojechałem do Ostoi pogoda się nieco poprawiła, można więc było przystąpić do sadzenia. W ruch poszedł najnowszy nabytek - świder Fiskars do kopania dołków o średnicy 20 cm. Przeszedł dzielnie chrzest bojowy i sprawdził się rewelacyjnie.

Drzewka postanowiłem sadzić w sposób dosyć dziwny - w miejscu od zeszłego roku przykrytym 12-20 cm warstwą zrębek. Widać tu ewidentnie inspirację metodami Paula Gautschi i filmem "Back to Eden" - cały sad Paula rośnie właśnie w takiej warstwie zrębek, i to jak rośnie!

Po odgarnięciu zrębki, wierciłem w gruncie otwory o głębokości mniej więcej 40-50 cm. Otwór wypełniałem wodą, która dosyć szybko wsiąkała w grunt. Pomimo, że grunt jeszcze nie obsechł po zimie, woda wsiąkała szybko - widać jak bardzo te moje piaski są przepuszczalne. Zresztą pod 40-50 cm warstwą ciemniejszych piasków kryje się wszędzie żółciutki, czyściutki piaseczek, godny najbardziej renomowanych plaż, ale na pewno nie rewelacyjny jako gleba do sadu ... W opinii wyznawców metody "Back to Eden", gruba warstwa zrębek ma to właśnie zmienić - ma powstać pod nimi żyzna gleba, tak jak powstaje naturalnie w lasach przez setki czy tysiące lat ...

Na powierzchni w miejscu, gdzie teraz ma stanąć miniaturowy sad, był niemal pozbawiony życia piach - ot, tu porost, tu trawka. Fauna ograniczała się do biegających nerwowo mrówek.

Obecnie wystarczy rozgarnąć zrębki aby dostrzec życie. Widać długie nici grzybni rozchodzące się we wszystkich kierunkach, widać pierwsze dżdżownice i inne mniejsze lub większe stworzenia.

 
 Przy tej okazji postanowiłem wypróbować dodatkowo pewną metodę, opisywaną między innymi tutaj - umieszczenia w dołku pod rośliną ustawionego pionowo pieńka ze starego, zmurszałego drewna (użyłem brzozy i lipy), którego zadaniem ma być utrzymywanie wilgoci i dostarczanie substancji odżywczych - ot taka miniaturowa hugelkutura.

Do dołków dodalem jeszcze odrobinę hydrożelu, kompostu oraz wermikompostu (wytworzonego przez moje miejskie dżdżownice z kuchennych odpadków), głównie jednak do dołków trafiał z powrotem ten sam wykopany z nich piach.

W świetle zapewnień miłośników metody "Back to Eden" woda przechodząc przez warstwę zrębek powinna zabierać ze sobą do korzeni dość składników odżywczych, aby drzewkom żyło się dobrze ... Jak to się mówi: pożyjemy - zobaczymy ...


Tak więc po dwóch solidnych deszczach, w tym jednym ze śniegiem, trzech czy czterech wichurach, przeplatanych dłuższymi lub krótszymi okresami słonecznej pogody (w marcu jak w garncu), mini sad z owocowych drzewek kolumnowych jest gotowy i .... niemal nie sposób dostrzec go na zdjęciu :) Tak małe i cienkie są te drzewka obecnie. Rekomenduje się je sadzić w odstępach 80 centymetrowych, ja sadziłem co mniej więcej metr, aby między nimi posadzić jeszcze inne niskie rośliny. Trafi tam na pewno żywokost oraz inne rośliny mające wspomagać tworzenie się żyznej gleby. Ciekaw jestem kiedy pojawią się na drzewkach pierwsze listki - z niecierpliwością teraz będę czekał prawdziwej wiosny i pierwszych objawów życia w moim mini sadzie.

W warszawskich ogródkach działkowych już od dwóch tygodni pysznią się łany w pełni rozkwitłych krokusów, przylaszczek, przebiśniegów i innego kwiecia, a u mnie w Ostoi, niecałe 70 km na zachód, pierwsze krokusiki dopiero nieśmiało się pokazują. Wiosna się tu spóźnia, no ale z drugiej strony w zeszłym roku o tej porze leżał tu jeszcze śnieg, o którym w tym roku już zdążyliśmy zapomnieć.

Tak czy inaczej, sezon prac ogrodowych uznaję za otwarty!